Od grudnia wybieraliśmy się w góry, ale najpierw przeszkodziła nam pogoda, potem po trochu infekcje i wcześniej zaplanowane wyjazdy, aż w końcu zebraliśmy się na biegówki w lutym.
Zacznę od samych biegówek. Od grudnia robiłam szeroko zakrojone rozeznanie i nie znalazłam lepszego źródła informacji niż Facebookowa grupa „Biegówki – warunki na trasach”. Grupa zbiera bardzo aktywną społeczność narciarzy biegowych i znajdziecie tam najświeższe i najbardziej wiarygodne informacje dotyczące warunków na trasach. Małe tego, ta sama społeczność stworzyła najpełniejszą mapę tras biegowych w Polsce i terenach przygranicznych:
Od grudnia nieco obsesyjnie śledziłam wspomnianą grupę i z mojej analizy wynikało, że to właśnie w Zakopanem i Kościelisku będzie największa szansa na śnieg nawet w przypadku ocieplenia. Kupiliśmy bilety na nocny pociąg prawie miesiąc wcześniej i to były ostatnie miejsca w wagonie sypialnym. Jest to standard w Polsce, niepojęte jest dla mnie to, że tych miejsc sypialnych zawsze jest tak mało… Niestety musieliśmy zwrócić nasze bilety na dwa dni przed wyjazdem ze względu na to, że Zyzio znów się rozchorował i nie byliśmy pewni, czy w piątek z samego rana będzie się nadawał do zabaw w śniegu. Pojechaliśmy samochodem, żeby dojechać akurat na godzinę zameldowania i poszło nam zadziwiająco sprawnie. Poza tym, sama teraz nie wiem, jak planowaliśmy transportować dwie przyczepki* dziecięce i dwa komplety nart bez samochodu. =]
Narty wypożyczyliśmy z samego rana w Kościelisku, 650 metrów od wejścia na trasy biegowe (w wypożyczalni naprzeciwko możliwe było wypożyczenie jedynie na 3 godziny ze względu na rezerwację dla dużej grupy). Na miejscu ze zdziwieniem odkryliśmy prawie puste półki, ale udało się coś dla nas znaleźć. Niestety już po 16 wymieniliśmy obie pary kijków, bo były dla nas zdecydowanie za długie, Marcin musiał wymienić narty na bardziej miękkie, bo w ogóle nie miał odbicia (innymi słowy, jego stopa noga przy każdym kroku cofała się – możecie sobie wyobrazić podejścia w takich warunkach) oraz moje buty, którym po dwóch pętlach zaczęły odchodzić podeszwy =] . Z tego, co słyszeliśmy od pracowników wypożyczalni, ten weekend był wyjątkowo obfity w klientów i trudno się dziwić, bo warunki były naprawdę dobre.
W samym Zakopanem i okolicach tras na biegówki jest zadziwiająco sporo. My wybraliśmy krótką pętlę w Kościelisku. Ma ona jakieś 2,5 km i zajęła nam z przerwami (i – w przypadku Marcina – uciekającymi nartami) godzinę. Wbrew pozorom bieg z przyczepką nie był dużo trudniejszy, niż bez. Ciężar czuć tylko na podejściach, ale niewielkie nachylenia da się bez problemu podejść. Trasa jest świetnie przygotowana, nie jest też dramatycznie zatłoczona (chyba że odbywa się jakieś specjalne wydarzenie jak Biathlon Walentynkowy). Dla bardziej zaawansowanych narciarzy jest też oświetlona 5-kilometrowa opcja leśna, ale dla mnie pagórki były nie do pokonania. **
W niedzielę z rana spróbowaliśmy za to spaceru (na nartach) w Dolinie Chochołowskiej. 7,5 km w jedną stronę, bardzo lekkie podejście (oprócz samej końcówki), piękne widoki, ale dużo więcej ludzi niż w Kościelisku. Byli to głównie piechurzy, do tego spore grupy ski-tourowców, a na dodatek konne bryczki. Z przyczepkami i marudzącymi dziećmi pokonaliśmy w godzinę 1/3 trasy, po czym zawróciliśmy na parking i rozdzieliliśmy się. Ja zabrałam chłopców na górkę w Kościelisku, a Marcin pobiegł do Schroniska na Polanie Chochołowskiej i zajęło mu to niecałe 2 godziny. Jedynym minusem na tej trasie jest brak śladu do biegówek, ale przy tak małym nachyleniu i przy dobrych warunkach śniegowych nie powinien to być problem nawet dla zupełnie zielonych biegówkowiczów.





Najwięcej pytań podczas naszego wyjazdu dostaliśmy właśnie o przyczepki. Są to zwykłe przyczepki rowerowe, którym koła zamienia się na płozy, a dyszel do roweru na dyszle mocowane do pasa biodrowego, który z kolej zakłada dorosły. Takie mocowanie zapewnia stabilizację przyczepki również w razie upadku pociągowego. Obie przyczepki, które wypożyczyliśmy, były w zasadzie zaprojektowane do przewożenia dwojga dzieci, ale stwierdziliśmy, że w strojach zimowych będzie im razem nieco ciasno, poza tym, jeden z rodziców musiałby ciągnąć wtedy naprawdę duży ciężar. Stąd decyzja o dwóch przyczepkach. Nawiasem mówiąc – jeśli macie jedno dziecko albo dwójkę mniejszych i nie planujecie długiej trasy, możecie na próbę przetestować nasze rozwiązanie sprzed dwóch lat, tj. sanki i kije trekkingowe. 😉
- przyczepka Chramcówki – 240 zł (plus 100 zł zwrotnej kaucji)
- parking Siwa Polana (x2 – raz na odbiór przyczepki, raz na wycieczkę) – 40 zł
- obiady w restauracjach – 307,5 zł (38,44 za obiad za osobę)
- przyczepka Siwa Polana – 180 zł
- zakupy w sklepie spożywczym – 45,18 zł
- nocleg – 1100 zł (91,67 za osobonoc + 2 zł opłaty klimatycznej za osobę za noc)
- gaz – 326,98 zł
- jedzenie na stacjach – 53,76 zł
Łącznie: 2293,42 zł za trzy dni dla czteroosobowej rodziny.
* Uwaga dla planujących wypożyczyć przyczepkę dla dziecka – można znaleźć takie tylko w nielicznych wypożyczalniach. My wzięliśmy jedną z wypożyczalni na Chramcówkach, tuż obok dworca (80 zł za dobę, bardzo lekka, Thule), drugą znaleźliśmy w wypożyczalni na Siwej Polanie (90 zł za dobę, nieco cięższa Qeridoo).
** 5 stopni nachylenia to dla mnie maks, każdy ostrzejszy zjazd przyprawia mnie o palpitacje serca (podjazd absolutnie nie, tutaj naprawdę dobrze sobie radzę). Wiem, że narciarze zjazdowi turlają się teraz ze śmiechu, więc dopowiem, że narty biegowe, jak nazwa wskazuje, służą przede wszystkim do biegania – przez zaśnieżone pola i łąki. Do zjeżdżania nadają się nieco gorzej. Jeśli jesteście wyśmienitymi narciarzami zjazdowymi i próbujecie biegówek po raz pierwszy, gwarantuję wam, że czeka was nauka i zaliczycie sporo siniaków.