Idzie na burzę, idzie na deszcz, albo szybka zmiana planów weekendowych

Od prawie miesiąca planowaliśmy wykorzystać długi weekend czerwcowy na wyprawę z dziećmi w Beskid Sądecki. Niestety! Właśnie na ten weekend na południu kraju miało padać i, co gorsza, występować burze, a to już zupełnie dyskwalifikowało wyjazd w góry. W związku z tym na szybko sprawdziliśmy prognozy pogody dla reszty kraju i padło na…

Pomorze, a dokładniej Dębki. Ostrzegano nas, że to nadmorska imprezownia (pozdrawiamy Kasię :*), na szczęście w połowie czerwca jedyna buda na plaży oferowała raczej lody i nadmorskie potrawy, niż muzykę. Główny deptak miejscowości to oczywiście odpust (morze straganów z kolorowym badziewiem wszelkiego rodzaju), ale sama plaża – z bardzo drobnym, niemal białym piaskiem – słusznie znajduje się w rankingach najpiękniejszych polskich plaż. Całe Dębki znajdują się na terenie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego, a dodatkowo są otoczone rezerwatem Piaśnickie Łąki (od wschodu) oraz rezerwatem Widowo (od zachodu).

Nasz plan na (skrócony) długi weekend nie był zbyt bogaty, ale zdecydowanie wykorzystaliśmy maksymalnie nasz czas nad morzem. Pierwszego dnia dotarliśmy do Dębek ok. 15 (niestety skumulowały się roboty drogowe, korki i do tego wypadki), więc na plażę dotarliśmy dopiero o 16. Okazało się jednak, że mijaliśmy mnóstwo ludzi wracających już z wybrzeża, a na samej plaży było jeszcze przyjemnie ciepło o tej porze, nie mówiąc o sporej ilości miejsca na rozłożenie koca. Co odważniejsi (czyli Zyzio i Marcin) skusili się nawet na kąpiel w (przeraźliwie zimnym) Bałtyku, ale większość czasu spędziliśmy po prostu na opalaniu i zabawie w piasku.

W piątek z samego rana wybraliśmy się z kolei do Słowińskiego Parku Narodowego. Dojazd trwał niemal 1,5 godziny, ale było warto. O 9:30 na parkingu były zaparkowane jedynie trzy samochody i mogliśmy w absolutnym spokoju wsłuchiwać się w śpiew ptaków i podziwiać otaczający nas las, a potem Wydmę Czołpińską.

Mimo że wiało niesamowicie i było chłodniej niż poprzedniego dnia, a spacer po wydmach w dół i w górę do najłatwiejszych nie należał, chłopcom wyprawa bardzo się podobała, szczególnie Zyziowi, który cały czas wyrywał do przodu. Naszym planem było dojście do brzegu morza, krótki piknik na plaży i powrót do samochodu tą samą trasą. Jednak kiedy już zaczęliśmy schodzić z plaży w las oddzielający morze od wydmy, Zyzio zapytał: „A kiedy pójdziemy do latarni?”. Okazało się, że pamiętał nasz spacer w SPN sprzed trzech lat – czyli wtedy kiedy sam miał niecałe trzy lata! W związku z tym oraz żeby ułatwić trasę (brnięcie w piasku po kostkach jest trudniejsze niż marsz po mokrym piasku na plaży) poszliśmy wzdłuż morza do wejścia na niebieski szlak, potem pod górę do latarni i obok Muzeum SPN prosto na parking.

Cała trasa, według mapy dwugodzinna, zajęła nam cztery godziny, czyli niemal dokładnie tyle, co trzy lata temu. Potwierdza to również nasze wieloletnie doświadczenie wędrówek z maluchami, tj. wybierając się na dłuższy spacer z 3-, 4-latkiem trasę z mapy trzeba liczyć podwójnie.

To, co zdziwiło mnie trochę podczas tego spaceru, to ilość ludzi. Mała ilość ludzi. Pamiętam, że trzy lata temu, przy kiepskiej pogodzie, spacerowiczów w SPN było znacznie więcej. Podejrzewam, że większość przyjezdnych wykorzystywała słoneczną pogodę na odpoczynek na plaży, ale dzięki temu my mieliśmy piękne widoki i kawałek SPN tylko dla siebie przez parę ładnych godzin.

Dzień ponownie zakończyliśmy na plaży w Dębkach, jednak tym razem nie było mowy o opalaniu. Wiał silny wiatr i spędziłam popołudnie w sweterku, kurtce i pod kocem plażowym. Podobnie zresztą następnego dnia rano, przed wyjazdem do domu.

Jak rozłożyły się koszty wyjazdu?

  • gaz: 393,55 zł
  • nocleg (rezerwowany na 2 dni przed wyjazdem, w świetnej lokalizacji i dobrym standardzie): 931,2 zł
  • jedzenie na wynos/w restauracjach: 383,15 zł
  • zakupy spożywcze: 27,73 zł
  • wejście do SPN (dorośli): 16 zł
  • wejście na latarnię (dorośli): 16 zł (trzy lata temu było 50% taniej)
  • parking Czołpino (bilet na cały dzień): 20 zł

Łącznie: 1787,63 zł za 4 osoby na 3 dni.


Kącik wynurzeń urbanistyczno-plażingowych

Trasa przez Pomorze była niesamowita. Nie jestem znawczynią wybrzeża, w żadnym wypadku. Z mojej rodzinnej miejscowości bliżej było w góry, więc na wycieczki rodzinne bardzo rzadko jeździliśmy nad morze, na szkolne – nigdy. Kiedy od czasu do czasu zdarza nam się zabłądzić na północ Polski, jestem zachwycona wąskimi drogami otoczonymi korytarzami drzew. Delikatnymi wzgórzami i polami. Jednak tym razem uderzyła mnie myśl o tym, jak tam żyją tacy zwykli mieszkańcy. Szczególnie jeśli mają dzieci. Które muszą dojeżdżać do szkół. Których nie ma w pobliżu.

Sama wychowywałam się w małej miejscowości, więc znam ten problem. Do szkoły podstawowej miałam 2 kilometry, do gimnazjum 5, a do liceum 6. Ale do każdej z tych szkół mogłam dojechać rowerem po chodniku wzdłuż szerokiej drogi z poboczem. Do gimnazjum woził nas autobus szkolny, do liceum był PKS. Oczywiście udział w zajęciach dodatkowych był dużo łatwiejszy w ciepłe miesiące (rower), w zimne mogłam liczyć na tatę, wujka lub dziadka (wszyscy mieszkali w tej samej miejscowości i byli szczęśliwymi posiadaczami samochodów).

Gdybym była dzieckiem mieszkającym w Dębkach albo okolicznej wsi, bałabym się dojeżdżać rowerem do szkoły. Chodnika brak. Pobocza brak. W skrajni drzewa. Ograniczenie – 90 km/h, czasem 70. Jeśli jest autobus szkolny, to super, gorzej jeśli po szkole chcesz zrobić coś ekstra.

Refleksja druga to wytłumaczenie, dlaczego nie jestem fanką Bałtyku. O tłumach nie będę mówić, takowe się spotyka wszędzie. To samo z naganiaczami (w Polsce jest luzik, ja mam najgorsze wspomnienia z Savony). A więc – co jest nie tak? Zasadniczo trzy rzeczy.

Po pierwsze, nie najgorsze, bo występujące okresowo – parawaning. I nie, nie chodzi o to, że ludzie się odgradzają czy że zabierają dla siebie jakieś parcele. Nie. Chodzi o to stukanie młotami w paliki przez całe przedpołudnie. Ten dźwięk doprowadza mnie do szału. Po drugie – szum (a właściwie huk) morza. Szalone, co? Ale to tak jak z knajpkami – jeśli muzyka jest tak głośna, że muszę krzyczeć do towarzyszy, to tu nie wrócę. Moje najlepsze nadmorskie wspomnienie to Peloponez i cisza Zatoki Patraskiej. Ideał.

No i wreszcie grzech trzeci. Ludzie pytają – pff, Grecja? Włochy? Przecież w Polsce plaże takie same. No, podobne. Tylko otoczenie już zupełnie inne. Zauważyliście, czym różnią się pocztówki znad polskiego i greckiego morza? Zdjęcia z Polski to plaża, ewentualnie szerszy rzut z jakiegoś drona (nasze fantastyczne lasy nadmorskie – uwielbiam). A z Grecji? Morze i jakieś urocze budynki. Wejdźcie na Google street view w Grecji nad morzem. Wszędzie budynki w podobnym stylu i kolorystyce. Razem tworzą spójną całość. Nie chodzi o to, że są białe czy kremowe i mają czerwone dachy. Chodzi o to, że są spójne. W Polsce – chaos i to w najgorszym wydaniu. Nawet jeśli budynki połączone są ścianami, to muszą mieć balkony w innym kształcie, inną geometrię dachu, niewspółgrające kolory, no i jeden będzie miał kolumny. O reklamach nie wspomnę.

Właśnie dlatego, jeśli rozważam powrót na Pomorze, to raczej dla przyrody, być może architektonicznych rodzynków (zamki krzyżackie). Ale właściwe wybrzeże to nigdy nie będzie dla mnie przyjemność. Przynajmniej nie w Polsce. Jeśli znacie miejsce, które ma szanse zmienić moje zdanie – dajcie znać. 😉

Dodaj komentarz