Przyznaję się bez bicia – po tym szlaku nie oczekiwałam absolutnie niczego. No, może kleszczy. Ale mocno się pomyliłam, bo…
Nie złapaliśmy żadnego kleszcza. 😅 Żartuję. To znaczy, nie żartuję na temat kleszczy, ale pomyliłam się, jeśli chodzi o atrakcyjność szlaku z Cisnej do Komańczy.
Od długiego już czasu (od 10 lat, gwoli ścisłości) idę w kawałkach Głównym Szlakiem Beskidzkim. Tak się składa, że w październiku zeszłego roku doszłam do Cisnej i w Bieszczadach został mi ostatni, ale dość długi (prawie 10-godzinny) kawałek.

Na mapie jasno widać, że idzie on praktycznie w całości przez las, więc nie spodziewałam się ani widoków, ani w ogóle zachwytów, tylko żywego marszu na azymut.
Pierwsza część trasy właśnie taka jest. Do Wołosania idzie się w górę i w dół przez las. Pierwsze podejście, na Hon, nieco nas oszołomiło, potem nie mogliśmy się doczekać aż wreszcie wejdziemy na Osinę i Wołosań. Ale za skrzyżowaniem z czarnym szlakiem (w kierunku Łubnego) zaczęło się robić ciekawie.
Między odejściem szlaku czarnego a odejściem szlaku żółtego trafiliśmy na nieoznakowany punkt widokowy. Marcin wypatrzył między przerzedzonymi drzewami ładny widok, podszedł kawałek w głąb lasu i… okazało się, że za krzakami kryje się ławeczka z pięknym widokiem na dolinę! Był to jedyny punkt widokowy na całym szlaku, ale od tego momentu czekały nas inne atrakcje, tym razem historyczno-krajoznawcze.
Między przełęczą Żebrak a Chryszczatą zobaczycie po drodze kilka drewnianych krzyży. Są to pamiątkowe groby nieznanych żołnierzy poległych tam w latach 1914-1915. Ten obszar Bieszczadów był ważnym polem walk w czasach pierwszej wojny światowej, a jeśli ktoś jest szczególnie zainteresowany tą tematyką, to powinien zapoznać się ze szlakiem Śladami Wielkiej Wojny – jest to 67 punktów na terenie Bieszczadów oraz Beskidu Niskiego, gdzie stoją tablice edukacyjne informujące o historii walk w tej części Karpat.



Z Chryszczatej pozostaje do przejścia najprzyjemniejsza część trasy. Najpierw w dół, do bardzo uroczego miejsca – powstałych w osuwisku Jeziorek Duszatyńskich. Wpada do nich i wypływa z nich całkiem bystry strumień Olchowaty. Ścieżka kilkukrotnie przecina rzeczkę i jej dopływy, dzięki czemu można się poczuć prawie jak w Tatrach. Dalej szlak czerwony biegnie wzdłuż potoku (równolegle biegnie też droga leśna, jednak teraz jest niedostępna dla turystów ze względu na wycinkę drzew – niestety, jest to duży problem w Bieszczadach). Widać, że szlak niedawno zmienił przebieg, bo miejscami ścieżka jest bardzo wąska i upstrzona pokrzywami oraz ostami.
Po przejściu tego odcinka dochodzimy do Duszatyna, sennej osady, w której zauważyliśmy raptem trzy budynki. Przy jednym z nich stoją wiele obiecujące parasole z logo piwa. Znajduje się tam knajpka Księstwo Duszatyn, która jednak w czerwcu była jeszcze zamknięta. Liczyliśmy na wodę, bo nasza się już skończyła. Na słupie przy brodzie na Osławie zauważyliśmy znak „Punkt czerpania wody”, więc nabraliśmy trochę do butelki z filtrem, jednak nie mieliśmy zaufania do wody z rzeki – słusznie, bo dowiedzieliśmy się później, że ów znak dotyczy wody do ochrony przeciwpożarowej, a nie wody pitnej.



Ruszyliśmy asfaltem w kierunku Prełuków i zauważyliśmy zarośnięte tory kolejki wąskotorowej oraz znak wskazujący wiadukt. Byliśmy już mocno zmęczeni, ale postanowiliśmy pójść kawałek wzdłuż torów. Doszliśmy faktycznie do wiaduktu nad rzeką Osławą. Widzieliśmy na mapie, że nieczynna już linia biegnie wzdłuż rzeki do Prełuków i tam krzyżuje się z czerwonym szlakiem do Komańczy. Niestety, za wiaduktem tory są totalnie zarośnięte i przejście nimi byłoby bardzo trudne, o ile nie niemożliwe.
Nie było innego wyjścia, trzeba było wrócić na prawy, wyższy brzeg rzeki i podążać asfaltem do dawnej osady. Po kilku minutach usłyszeliśmy nadjeżdżający samochód i… złapaliśmy stopa. Nie mieliśmy już wody (poza tą z brodu), więc stwierdziliśmy, że odpuścimy asfalt oraz kawałek szlaku przez las. Skorzystaliśmy z podwózki, a naszym kierowcą okazał się leśnik, który pracuje przy wycince lasu w okolicy. Dowiedzieliśmy się od niego, że nieczynna linia kolejowa jest w trakcie rewitalizacji i za jakiś czas będą nią jeździły drezyny rowerowe. Takie, jakie kilka minut później zobaczyliśmy koło stacji kolejowej w Komańczy.
W Komańczy, bo właśnie tu zakończyliśmy naszą jednodniową wycieczkę, trafiliśmy na niesamowity nocleg (baza K85, serdecznie polecamy!), opłukaliśmy się z bieszczadzkiej gliny, przekąsiliśmy małe co nieco i… poszliśmy spać, a następnego dnia tuż po 6 rano złapaliśmy busa do Zagórza, a stamtąd wróciliśmy do moich rodziców.


No właśnie, a jak wyglądał dojazd w Bieszczady poza sezonem? Przypominam, że sezon trwa tutaj od początku lipca do końca września i poza tymi miesiącami autobusów kursujących dalej niż do Leska jest bardzo mało, a już w weekendy – dosłownie parę. Kluczem było zdążyć na ostatni niedzielny autobus kursujący z Sanoka do Wetliny, a ten odjeżdżał z Zagórza (miasta pomiędzy Leskiem a Sanokiem) o 13:26. Dlaczego Zagórz? Bo to przystanek, który na najkrótszej trasie łączył początek naszej trasy (Cisną) z jej końcem (Komańczą).
Dwa słowa dodatkowego komentarza na temat trasy. Po pierwsze – ludzie. W październiku zeszłego roku zachwycałam się trasą ze Smerka do Cisnej, bo przez pierwsze dwie godziny nie spotkałam na szlaku żywej duszy. Tutaj pobiliśmy nasz rekord – pierwszego człowieka spotkaliśmy o 10:40, czyli 4 godziny i 25 minut od wyjścia z Cisnej. Łącznie przez ponad 9 godzin na szlaku minęliśmy 8 czy 9 osób. Wniosek jest prosty – im dalej od połonin, tym spokojniejsza trasa. 😉
Po drugie – GOPR. Przy każdej okazji przypominam, że to dzięki wolonatriackiej pracy ratowników GOPR możemy chodzić po górach spokojnie. Szlak po kilku dni deszczu był bardzo błotnisty i śliski (ludzie, nie idźcie tam w tenisówkach – również przy dobrej pogodzie). Nawet najlepszym mogłoby zdarzyć się poślizgnięcie i skręcenie kostki, złamanie przy okazji ręki na którejś z wystających skał czy poważny uraz głowy. Ale wtedy zawsze możemy liczyć na darmową pomoc GOPRu. My od dłuższego czasu mamy ustawiony regularny przelew dla tej organizacji, a jeśli wy wybieracie się na wycieczkę w góry, to odpuśćcie sobie kawę czy piwo i wpłaćcie choćby symboliczną cegiełkę na działalność GOPRu albo którejś z ich grup regionalnych (jeśli udostępniają taką opcję). Niech moc będzie z wami!