Kończą się wakacje i przyszedł wreszcie czas na duży wyjazd rodzinny. W zeszłym roku dojechaliśmy do Słowenii, tym razem przemieszczamy się nieco dalej na południe.
Postanowiliśmy poświęcić 10 dni na Chorwację, choć nieco odchudziliśmy nasze pierwotne plany. Mamy zamiar wykorzystać ten czas tylko częściowo na zwiedzanie, bo spędzimy też trochę leniwego czasu nad morzem. Ale zanim relaks – nie mogliśmy odpuścić sobie stolicy kraju.
Do Zagrzebia wpadliśmy tylko na dzień z kawałkiem i nie mieliśmy konkretnego programu zwiedzania. Nasz pobyt zorganizowaliśmy przede wszystkim tak, żeby uniknąć największych upałów i mieć czas na odpoczynek. Dlatego właśnie do centrum wybraliśmy się pierwszego dnia pod wieczór, tuż przed zachodem słońca. Wciąż było prawie 30 stopni, ale słońce już nie prażyło, więc spacer był naprawdę przyjemny.
Zagrzeb zdecydowanie ma klimat w moim typie. Wąskie uliczki pnące się pod górę i opadające w dół, niska zabudowa z czerwonymi dachówkami, ukryte podwórka, na każdym kroku stoliki restauracyjne czy kawiarniane na chodnikach. Sklepy z suwenirami występują w zaskakująco małej liczbie, podobnie jak turyści. Na stokach wśród kamienic można za to natknąć się na miejskie winnice, a dzięki ukształtowaniu terenu łatwo znaleźć naturalne punkty widokowe.


W Zagrzebiu nie nastawialiśmy się na zwiedzanie, ale bardzo liczyłam na obejrzenie kościoła św. Marka z charakterystycznym dachem. Niestety, nie dość że połowa kościoła jest obłożona rusztowaniami (podobnie zresztą jak katedra), to nie można było do niego podejść, bo z obu stron był ogrodzony taśmami policyjnymi. Zablokowane były też niektóre pobliskie uliczki. Najwidoczniej działo się tam coś, o czym nie wiedzieliśmy. Ale spacer przez Kamienną Bramę i ulicą Radića chyba wynagrodził nam niedogodności.
Następny dzień zaczęliśmy od wycieczki na Mirogoj, ogromny cmentarz z XIX wieku ze słynnymi arkadami oraz grobami wielu znamienitych Chorwatów. Tutaj znowu mieliśmy pecha do remontów – arkady są szczelnie otoczone siatką i widać, że nie bez powodu. Ich stan jest opłakany, wszędzie widoczne są pęknięcia, a nawet odpadające kawałki. Zniszczenia są spowodowane nie tylko zaniedbaniami, ale również trzęsieniem ziemi z 2020 roku. W 2021 ogłoszono, że cmentarz dostał grant na renowację. Efektów póki co nie widać. Na szczęście arkady to nie jedyna atrakcja tego miejsca. Spacer zadrzewionymi alejkami może być naprawdę ciekawy, chyba że wystraszą was roje komarów. Zdecydowanie polecamy spray na owady!



Na kolejny punkt dnia wybraliśmy Muzeum Sztuki Współczesnej. Powodów takiego wyboru było kilka. Po pierwsze, muzeum otwiera się o 11, a z Mirogoju wyszliśmy akurat ok. 10:40, więc wiedzieliśmy, że dotrzemy tam jako jedni z pierwszych zwiedzających i nie będziemy musieli spacerować w tłumie. Po drugie, chcieliśmy pobyć w środku dnia w klimatyzowanym miejscu. A po trzecie, liczyliśmy na zainteresowanie chłopców eksponatami oraz ogromną zjeżdżalnią dostępną na miejscu. O ile sztuka zrobiła pewne wrażenie na naszych potomkach, to główna atrakcja okazała się niewypałem – zjeżdżalnia z niewiadomych powodów była zamknięta.
Po godzinnym pobycie w muzeum wróciliśmy do wynajmowanego mieszkania na obiad oraz popołudniową sjestę, a dzień zakończyliśmy spacerem wzdłuż Sawy. Idąc od Jadranskiego mostu na wschód, można podziwiać galerię rzeźb na świeżym powietrzu. Rodzice z dziećmi mogą po drodze wstąpić na plac zabaw w parku Boćarski dom. Jeśli macie taką możliwość, rozważcie też przejażdżkę rowerem. Polecamy ten kawałek Zagrzebia, choć koniecznie ze sprayem na komary.
To tyle! Od jutra nadajemy z Dalmacji. 🙂