Czas na zmianę krajobrazu z morskiego na rzeczny.
Po nieudanej wyprawie w góry rozpoczęliśmy poszukiwania godnego zastępcy. Zależało nam na tym, żebyśmy mogli tam dojechać dość szybko z naszego campingu, bo wciąż utrzymywały się wysokie temperatury i chcieliśmy zacząć wycieczkę nie później niż o 8 rano. Przeanalizowaliśmy odległości oraz średnią liczbę zwiedzających i nasz wybór padł na Park Narodowy Krka.
Krka to rzeka spływająca z Gór Dynarskich do Morza Adriatyckiego i spora część jej środkowego oraz dolnego biegu została 40 lat temu objęta parkiem narodowym. Uroda tego miejsca polega na tym, że rzeka płynie w wąwozie, po drodze tworzy kaskady i wodospady, a dookoła rośnie soczysta zielona roślinność. Jeśli ktoś chce, może zaparkować na poziomie rzeki i zrobić dłuższy lub krótszy spacer wzdłuż brzegu, podziwiając całą okolicę, ale wycieczkę można też zacząć z góry i właśnie na taką opcję zdecydowaliśmy się my.

Zostawiliśmy samochód na parkingu w Bogatiću (na mapie w prawym górnym rogu, na początku szlaku czerwonego; na google maps ten parking jest podpisany jako „educational walking trail roski slap, WX5Q+XJ, 22324, Bogatić, Chorwacja”). Kamienistą drogą, a później schodami zeszliśmy w dół, po drodze zaglądając do jaskini Oziđana pećina. Doszliśmy do rzeki i wciąż wzdłuż czerwonego szlaku dotarliśmy do wodospadu Roškiego. Tuż przy nim znajdują się pozostałości młyna, a w nim ekspozycja pokazująca, jak był dawniej wykorzystywany. Od 10 można skorzystać ze skromnego bufetu, a o 10:30 spod wodospadu odpływa pierwsza łódka w stronę wyspy Visovac.



Sam wodospad jest na tyle daleko od punktu widokowego, że nie robi ogromnego wrażenia, natomiast zupełnie inaczej jest z kaskadami Ogrlice. Żeby do nich dojść, cofnęliśmy się w górę szlaku czerwonego i przeszliśmy mostem na drugą stronę rzeki. Dalej, wzdłuż zielonego szlaku, widoki są nieziemskie. Zarówno z brzegu rzeki jak i z drewniane mostu przecinającego rzekę nieco dalej na północ. Dodać trzeba jeszcze, że zwiedzających była jedynie garstka, a bujna roślinność dawała ulgę od palącego słońca. Idealna kombinacja na letni spacer, bo to właśnie w słońcu wszelkie załomy rzeki robią największe wrażenie.



Powrót schodami pod górę i kamienistą ścieżką poszedł zadziwiająco szybko, mimo palącego południowego słońca. Jak zwykle graliśmy w grę „uciekamy przed słońcem, odpoczywamy w cieniu” i przed 13 byliśmy znów w samochodzie. Ruszyliśmy na północny wschód, w stronę granicy z Bośnią, i ten kawałek trasy zdecydowanie zasługuje na to, żeby o nim opowiedzieć.
Nasza trasa prowadziła wzdłuż wąwozu Krki, w okolicach wodospadu Brljan ten wąwóz przecinała, a widoki po drodze były absolutnie fantastyczne. Fragment drogi przebiegał też szutrówką, przez las skarłowaciałych drzew i wyglądał zupełnie jak z Sycylii czy innej śródziemnomorskiej wyspy.
Przed Kninem nasza trasa była skierowana w stronę Gór Dynarskich i mieliśmy doskonały widok na Dinarę, czyli najwyższy szczyt Chorwacji. Potem odbiliśmy zdecydowanie na północ, przekroczyliśmy granicę żupanii szybenicko-knińskiej i wjechaliśmy do żupanii zadarskiej. Na horyzoncie cały czas majaczyły góry pogranicza chorwacko-bośniackiego, jechaliśmy małymi drogami, często przez opuszczone lub na wpół opuszczone wioski. Szczęka już dawno opadła mi z wrażenia i bardzo długo nie mogłam jej pozbierać.



Teraz słowo ostrzeżenia na temat granicy chorwacko-bośniackiej. Google, pewien siebie, prowadził nas drogą w okolicach Martin Brod. Od strony chorwackiej wjeżdża się do miejscowości Doljani, droga pnie się pod górę i… w pewnym momencie asfalt zastępują kamienie. Trochę mi to nie pasowało do przejścia granicznego, ale Marcin uparł się, żeby kontynuować. Nic z tego – po kilku minutach z naprzeciwka nadjechała motocyklistka (jak się okazało, ze Szwajcarii) i wytłumaczyła nam, że kawałek dalej jest blokada i stoi policja. No tak, trudno obsługiwać ruch transgraniczny w takich warunkach. Zawróciliśmy i wjechaliśmy do Bośni już przez przejście Užljebić… Ale o tym już w następnym poście.