Tak, zrobił nam się eurotrip zamiast wyprawy po Chorwacji. Spontanicznie zdecydowaliśmy się na spędzenie niecałych dwóch dni u wschodniego sąsiada.
Dokładniej rzecz biorąc, zdecydowaliśmy się na pobyt w Parku Narodowym Una. Znajduje się on w kantonie Una-Sana, a jego nazwa (podobnie jak nazwa parku) pochodzi od rzeki Uny, która jest naturalną granicą między Bośnią* a Chorwacją. Nawet po spędzeniu niecałych dwóch dób w tej części kraju widać sporo różnic, ale ta, która najbardziej rzuca się w oczy, to nagła zmiana z kościołów na meczety po przekroczeniu granicy. Jeśli spojrzeć na mapę religii dominujących w BiH, widać wyraźnie, że w części północno-zachodniej (oraz centralno-wschodniej) dominuje islam. A oprócz tego burki (chodzi o jedzenie!) i kawa po bośniacku (odpowiednik ukraińskiej kawy po ormiańsku czy naszej kawy po turecku).
*wiem, że ten kraj nazywa się Bośnia i Hercegowina, ale Hercegowina jest zupełnie na południu i nie byliśmy nawet w jej okolicy; dlatego pozostaję przy nazwie Bośnia, która faktycznie określa region, do którego pojechaliśmy
Na kilka dni przed przyjazdem upatrzyliśmy sobie na naszą bazę kemping Buk. Wybór okazał się doskonały. Właściciele są bardzo sympatyczni, nieźle mówią po angielsku (podobnie jak ich dzieci i wnuki – to w ogóle jest standard, przynajmniej w tej okolicy). Cały teren kempingu leży w parku narodowym i można się tutaj kąpać w Unie (choć jest lodowata). Mimo wysokiego sezonu gości nie było zbyt wiele (może z 10 kamperów i samochodów terenowych), więc było naprawdę spokojnie. Ale najważniejszą zaletą naszej miejscówki była jej lokalizacja w centrum parku, który jest rozciągnięty z północy na południe na jakieś 70 kilometrów.
Z powodu ograniczonego czasu na miejscu zdecydowaliśmy się tylko na dwie atrakcje w okolicy. W czwartek rano wybraliśmy się do ruin zamku Ostrovica, na wzgórze, które góruje nad naszym kampingiem i pobliską miejscowością. Pierwszy gród, który powstał w tamtym miejscu, pamiętał czasy imperium rzymskiego, natomiast obecna konstrukcja pochodzi z XV wieku. Mimo że zamek faktycznie jest w stanie rozpadu (widać zewnętrzne ściany, ale w środku nie ma nic, tylko zarośla i delikatnie wydeptane ścieżki), to coś zaczyna się tam dziać. Mianowicie na wschodnim stoku zrekonstruowana została wieża, a przynajmniej jej drewniany elementy. Ale o tym zaraz.



Google (który już wcześniej wpuścił nas w maliny na granicy bośniacko-chorwackiej) pewien siebie wskazywał, że możemy podjechać samochodem pod sam zamek. Ja odradzam to rozwiązanie, chyba że macie samochód terenowy. A nawet wtedy – będziecie po prostu intruzami w małej spokojnej wioseczce. Za rzeką jechaliśmy naprawdę stromą wąską drogą, na której miejscami brakowało asfaltu, i nieco powyżej Villi Ostrovica zaparkowaliśmy przy wiacie. Dalej wchodziliśmy już na piechotę po drodze gruntowej (gdzieniegdzie umocnionej betonem). Po drodze mijaliśmy spokojne domostwa (z pięknym widokiem na pola i góry w oddali), kilka malutkich cmentarzy (oczywiście muzułmańskich, z nagrobkami skierowanymi na wschód) i całe morze jeżyn (idealna zachęta dla młodszych członków rodziny).
Dotarliśmy wreszcie na wzgórze zamkowe. Rozciąga się stamtąd doskonały widok na Kulen Vakuf oraz dolinę Uny. Po zejściu nieco w dół wschodniego stoku można znaleźć ławki z widokiem na miasteczko oraz boczną bramę (widać wyraźnie, że jej łuk został rekonstruowany). W środku, jak już wspomniałam, są tylko zarośla, ale wieża wyglądała z zewnątrz na tyle dobrze, że bardzo chcieliśmy znaleźć wejście do niej. Okazało się, że trzeba zejść dość stromą ścieżką wśród jeżyn (w sandałach to było spore wyzwanie, ale daliśmy radę) i w ten sposób można dojść do murowanej, dolnej części wieży, na którą prowadzi drewniany trap. W środku czuć wyraźnie zapach świeżego drewna – schody, piętra oraz więźba dachowa są zupełnie nowe. A z okien roztacza się jeszcze lepszy widok niż ze wzgórza. Wygląda na to, że jeszcze rok czy dwa, w powstanie tam jakaś ekspozycja czy przynajmniej sklep z pamiątkami.



Drugim punktem dnia była wycieczka do jednej z głównych atrakcji parku, czyli wodospadu Štrbačkiego. Tutaj turystów jest już dużo więcej, choć widać, że infrastruktura dopiero się rozwija. Do wejścia do parku prowadzi szutrowa droga tuż nad brzegiem rzeki. Jest na niej dość wąsko i wszędzie unosi się pył. Na kilku odcinkach można odnieść wrażenie, że jedzie się białym tunelem, bo kurzem są doszczętnie pokryte krzaki i drzewa wzdłuż trasy. Przy wejściu na trasę widokową wzdłuż rzeki można zaparkować samochód na mocno wyeksploatowanej łące (uważajcie na zawieszenie) oraz zjeść w restauracji (głównie wariacje na temat mięsa, dwa rodzaje ryby, frytki i sałatka ziemniaczana, czyli ziemniaki z cebulą i olejem – tego ostatniego nie polecamy).
Trasa wzdłuż rzeki do po prostu drewniany chodnik, w strategicznych miejscach umieszczone są też platformy i wieże widokowe. Całość robi wrażenie; oprócz wodospadu mijamy też bardzo widowiskowe kaskady, a oprócz tego przechodzimy nad odnogami Uny. Lekka trasa turystyczna kończy się przy skałach, na które, mimo zakazu, wszyscy wchodzą. Dla wciąż spragnionych wrażeń są jeszcze 2 czy 3 kilometry skalistego szlaku wzdłuż rzeki. Tej trasy nie polecamy robić w sandałach, ale jesteśmy przekonani, że tam turystów będzie już jak na lekarstwo, więc na pewno warto spróbować.



W tej części parku, z racji tego, że znajduje się tu jego największa atrakcja, turystów było sporo, ale mimo to wciąż można było spokojnie spacerować, a nawet pobyć na platformach samotnie (szczególnie tych bardziej oddalonych ode wejścia). Podobnie jak w przypadku zamku Ostrovica, mam wrażenie, że trafiliśmy tutaj jeszcze przed gwałtownym rozwojem turystyki.
To już wszystkie atrakcje, które sprawdziliśmy w okolicy. Resztę czasu spędziliśmy, relaksując się na kempingu. Jeśli chodzi o rzeczy praktyczne w Bośni, to zwrócę waszą uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, internet. Podróżując po Europie, łatwo zapomnieć, kiedy przekracza się granicę Unii Europejskiej. My używaliśmy nawigacji Google’a i słono za to zapłaciliśmy. Już po kilku minutach pobytu w kraju. Pamiętajcie o mapach offline i, jeśli wam zależy, na noclegu z wifi (na naszym kempingu mieliśmy dostęp do internetu w okolicach recepcji).
Po drugie, waluta. My po przekroczeniu granicy stwierdziliśmy, że potrzebujemy trochę gotówki, i specjalnie jechaliśmy do Bihacia, żeby wyciągnąć pieniądze z bankomatu (marki zamienne, przelicznik to ok. 2,2 zł za markę). Okazało się jednak, że we wszystkich turystycznych miejscach można płacić kartą lub w euro (np. na naszym kempingu czy w restauracji przy wodospadzie; wszyscy po prostu liczą 2 marki za jedno euro). My, skoro już mieliśmy gotówkę, to jej używaliśmy, ale jedyne miejsce, w którym naprawdę jej potrzebowaliśmy, to mała piekarnia w okolicach Bihacia.
Tym sposobem zakończyliśmy nasz krótki wypad do Bośni i w piątek rano ruszyliśmy na północ, robiąc jeszcze tylko jeden przystanek po drodze do Warszawy. Ale o tym w podsumowaniu całego wyjazdu.