W sierpniu udało nam się spędzić dzień na słowackich Rohaczach (nigdy, absolutnie nigdy w życiu tak nie zmokłam), wrzesień upłynął nam pod znakiem niedopasowania planów do pogody i dopiero pod koniec października nadarzyła się okazja na wyjazd solo, w którym zechciałam w dodatku połączyć wycieczkę górską i miejską.
W planach miałam Czerwone Wierchy, ale udało się to tylko częściowo. Z niewiadomego mi powodu byłam przekonana, że nocuję w Kirach, i rano nieco się zdziwiłam, że jestem przy wejściu do… Doliny Małej Łąki. Pogoda nie była najlepsza, więc postanowiłam wejść na Małołączniak i tam zdecydować, czy nadrabiam godzinę, żeby faktycznie przejść wszystkie Czerwone Wierchy, czy może część odpuszczam.
Mimo że było naprawdę ciepło, to szybko okazało się, że wiatr (który poprzedniego dnia po prostu urywał głowę) nie zelżał tak wcześnie, jak zapowiadały prognozy. Spacer przez piętro lasu był horrorem – po drodze minęłam wiele wiatrołomów tarasujących szlak, cały czas słyszałam skrzypienie drzew i przy każdym mocniejszym podmuchu modliłam się, żeby nic nie spadło na mnie. Słusznie czułam strach; następnego dnia przeczytałam sobotni komunikat turystyczny TPNu:
Po przekroczeniu granicy lasu poczułam ulgę psychiczną, ale na pewno nie fizyczną. Dopiero na otwartej przestrzeni halny pokazał, co potrafi. Przy najsilniejszych podmuchach kompletnie nie mogłam zrobić kroku i podejście, które powinno być lekkie, łatwe i przyjemne, zrobiło się dość wymagające. Na dokładkę chmury zasłoniły szczyty, więc pięknych widoków było jak na lekarstwo.




Na przełęczy przed Kopą Kondracką wiatr na chwilę przegonił chmury i mogłam przez chwilę podziwiać okolicę, ale dopiero w okolicach Kondrackiej Przełęczy pogoda poprawiła się na tyle, że widać było niemal całą grań Tatr Zachodnich. Myślałam o wejściu na Giewont, ale ostatecznie zagęszczenie turystów w tym kawałku Parku oraz frustracja spowodowana warunkami na podejściu na Czerwony Wierchy sprawiły, że wybrałam zejście do Kuźnic.



Choć do Kopy Kondrackiej spotkałam na szlaku dosłownie 6 osób, od Kondrackiej Przełęczy nie mogłam narzekać na samotność na szlaku. Masa osób zmierzała w stronę Giewontu, jeszcze po godzinie 13; kiedy już zbliżałam się do Kuźnic, mijałam sporo osób dopiero wychodzących na szlak.
Cała pętla zajęła mi niecałe 6,5 godziny i poczułam to w mięśniach następnego dnia, spacerując po Krakowie.
Niedziela upłynęła deszczowo, ale mimo to spacerowo. To rzecz jasna nie pierwszy, ani nawet nie drugi czy trzeci raz, kiedy byłam w Krakowie, i, jak zawsze, starałam się tak zaplanować trasę, żeby zobaczyć coś nowego. Zaczęłam od kawy w Hevre, kawiarni usytuowanej w dawnej synagodze. Byłam tutaj jakieś 20 minut po otwarciu i niemal wszystkie stoliki na parterze były zajęte, a pracownicy uwijali się jak w ukropie. Zajęłam miejsce na antresoli, z której mogłam podziwiać piękne wnętrze i nieco się osuszyć. Po krótkim spacerze przez Kazimierz przeszłam na drugą stronę Wisły na Podgórze. Byłam w tej części miasta pierwszy raz i odkryłam dla siebie kolejny krakowski rynek. Kraków, podobnie jak Poznań, ma ich więcej niż jeden, co jest spowodowane oczywiście sposobem, w jaki oba miasta się rozwijały. Mimo że zawsze podkreślam wyjątkowość i odrębność warszawskich dzielnic, to muszę przyznać, że własny rynek to coś, czego tym dzielnicom w stolicy trochę brakuje.




Motywowana prognozami pogody, zaplanowałam też wizytę w dwóch muzeach z bezpłatnym wstępem w niedzielę. Skoro już byłam na Podgórzu, zaczęłam od wystawy stałej w Cricotece, czyli swego rodzaju archiwum teatru prowadzonego przez Tadeusza Kantora. Znawczynią czy wielbicielką teatru nie jestem (pozdrawiam Justynę, z którą byłyśmy na premierze „Sztuki” 😉 ), ale uwielbiam wystawy, na których jest dużo przestrzennych artefaktów (czyli przedmiotów, które nie są obrazami czy fotografiami). W związku z tym spacer po „Widmach” naprawdę mi się spodobał, choć trwał jakieś… 10 minut. Tak czy inaczej był to niezły sposób na ucieczkę przed deszczem, a na chętnych czeka jeszcze kawiarnia na 4. piętrze, z którego rozciąga się ciekawy widok na Wisłę i Kazimierz czy Stare Miasto.
Na koniec zostawiłam jeszcze dwa miejsca. Po pierwsze, „nowy” cmentarz żydowski na Grzegórzkach. Został założony już ponad 200 lat temu i choć bliżej wejścia widać sporo nowych nagrobków, im dalej w głąb, tym więcej powalonych i pokrytych bluszczem grobów. Z jednej strony widok może być nieco przygnębiający, bo widać, jak bardzo brakuje środków na zadbanie o takie dziedzictwo kulturowe, ale z drugiej robi to kolosalne wrażenie, szczególnie podczas deszczowej pogody. Polecam zabrać porządne buty, bo im dalej od wejścia, tym więcej błota na ścieżkach rozdzielających poszczególne sektory cmentarza.
Ostatnim miejscem, do którego postanowiłam zajrzeć było położone blisko dworca kolejowego Muzeum Armii Krajowej. Znajduje się ono w jednym z budynków Twierdzy Kraków i myślę, że jest punktem obowiązkowym dla wielbicieli historii, szczególnie XX wieku. Ja miałam tylko godzinę na zwiedzanie i przez tę godzinę nie zdążyłam nawet pobieżnie obejrzeć całej wystawy stałej. Naprawdę, ogrom zgromadzonych tam materiałów zajmie was przez kilka godzin.



Na koniec przypominajka tatrzańska – jeśli wybieracie się w Tatry, nie zapomnijcie wesprzeć TOPRu drobną kwotą (a w innych pasmach GOPRu). Jeśli coś się stanie, możecie liczyć na bezpłatną akcję ratunkową, myślę więc, że warto postawić ratownikom wirtualne piwo w zamian za ten komfort psychiczny. A oprócz tego oczywiście dobrze się przygotować do górskiej wycieczki. 🙂