Nadszedł czas na nasze rodzinne ferie zimowe. Ich termin zawsze wyznaczaliśmy* w okolicach urodzin naszego młodszego synka, czyli w połowie lutego, i po raz czwarty z rzędu pojechaliśmy na tydzień w góry.
*piszę w czasie przeszłym, bo za rok starszak będzie w szkole i termin ferii będzie się już pokrywał z tym oficjalnym 😉
W tym roku nasz wyjazd różnił się od poprzednich warunkami atmosferycznymi. O ile poprzednio przyjeżdżaliśmy zimą, tym razem trafiła nam się wiosna. W sobotę w Zakopanem było 15 stopni. O śniegu na biegówki czy do zjeżdżania na sankach nawet nie było co marzyć, więc tym razem spędziliśmy nieco więcej czasu na spacerach.
W niedzielę świętowaliśmy urodziny najmłodszego członka naszej rodziny i przeznaczyliśmy ten dzień na odpoczynek w domu, jedzenie tortu i leniwy spacer do Koliby, w której znajduje się Muzeum Stylu Zakopiańskiego. Tak się złożyło, że mieszkaliśmy na tej samej ulicy, co zaprojektowana przez Witkacego willa, a na dodatek w niedzielę obowiązuje wstęp wolny. Za 5 zł możecie wypożyczyć audioprzewodnik, z którego dowiecie się najważniejszych informacji dotyczących zarówno Koliby, jak i stylu, który reprezentuje. Kolejnego dnia dołączyła do nas dwójka przyjaciół i wybraliśmy się wspólnie na krótki spacer z Kuźnic na Kalatówki, do Hotelu Górskiego. Większość trasy była zupełnie pozbawiona śniegu i po 2 godzinach dotarliśmy bez większych problemów do schroniska. Po obowiązkowej szarlotce zeszliśmy z powrotem do Kuźnic, a nasi przyjaciele wybrali się na Sarnią Skałę, gdzie bez raczków już się nie obeszło.


Kolejnego dnia chłopcy (ci mali i ten duży) skorzystali z resztek śniegu na stokach i wybrali się na Polanę Szymoszkową na lekcję jazdy na nartach zjazdowych. Ja za to wstałam z samego rana i pojechałam do Palenicy Białczańskiej, skąd przez Rusinową Polanę dostałam się na Gęsią Szyję, a dalej przez Rówień Waksmundzką do Cyrhli, miejscowości tuż obok Zakopanego.
Pogoda tego dnia nie była zbyt zachęcająca do spacerów. Duże zachmurzenie sprawiło, że nie mogłam się cieszyć panoramą Tatr Wysokich (a ta jest zjawiskowa, szczególnie z Rusinowej Polany). Śniegu było na tyle mało, że raczki założyłam dopiero przy podejściu na Gęsią Szyję, a po niecałej godzinie musiałam je już zdjąć, żeby ich nie zupełnie nie zniszczyć na kamieniach. Zupełnie inaczej wyglądały Tatry w Walentynki. Ten dzień był przepięknie słoneczny i Marcin postanowił wykorzystać to na wjazd na Kasprowy Wierch pierwszego tego dnia kolejką. Widoki były fantastyczne, ale… śniegu nieco za dużo. Do spaceru granią Tatr Zachodnich niezbędne byłyby raki i może nawet czekan, a tych ze sobą nie wzięliśmy.




Marcinowi nie zostało nic innego, jak po prostu zjechać z powrotem na dół i wrócić do naszej bazy, skąd całym składem zdecydowaliśmy wybrać się na Gubałówkę. Z naszego domku niedaleko było do dolnej stacji kolejki na słynną górkę, ale po dotarciu na miejsce okazało się, że kolejka do kasy (jak i wszechobecny chaos stoisk sprzedających towary wszelakie) jest nie do wytrzymania. Postanowiliśmy wtedy wejść na górę szlakiem, który po kilku minutach okazał się na tyle zabłocony, że musieliśmy z niego zrezygnować. Żeby zobaczyć zatem panoramę Tatr z poziomu Gubałówki, musieliśmy zatem skorzystać z busika. Przyznam szczerze, że była to kiepska decyzja. Panorama z góry, owszem, była całkiem zacna, ale tłok i mnogość stoisk podobna do tej przy dolnej stacji. Postaliśmy jakieś 20 minut w kolejce do zjazdu w dół, wcisnęliśmy się w niemożliwym tłumie do wagonika i wróciliśmy na odpoczynek do domku, który wynajmowaliśmy.
Ostatniego dnia zostaliśmy w Zakopanem już we czworo i zdecydowaliśmy się na prościutki spacer Doliną Strążyską do wodospadu Siklawica. Właściwie to spacer byłby prościutki, gdyby nie zlodzony szlak niemal na całej długości. Pech chciał, że nie mieliśmy raczków na małe stopy Stefka (kupiliśmy je już po powrocie, w razie czego są dostępne w sklepie Militaria 😉 ), więc nasze tempo nie było nazbyt szybkie, ale Zyzio w odpowiednim sprzęcie biegał jak szalony. Tutaj również nie uniknęliśmy tłumów, szczególnie w drodze powrotnej.



To był nasz trzeci z rzędu zimowy wyjazd w Tatry z chłopcami. Co ciekawe, z roku na rok mieszkaliśmy coraz bliżej centrum „zimowej stolicy Polski” (kolejno Kiry, Kościelisko, Zakopane) i stwierdzam po raz kolejny, że Zakopane to zdecydowanie nie nasze miejsce. Dużo przyjemniej i spokojniej jest w sąsiednich miejscowościach, z nich zresztą startuje też większość szlaków, szczególnie tych w dolinach (a te są najprzyjaźniejsze dla krótkich nóżek).
Tym razem wyjątkowo nie dodaję podsumowania kosztów. Powiem tylko, że obserwujemy naprawdę spory wzrosty w kosztach pobytu w Tatrach. Niestety zbiega się to również ze zmianami klimatu i niepewnymi zimami. Najsmutniejsze w całej tej wycieczce było właśnie to, że powtarzaliśmy chłopcom, że w górach nabawią się śniegiem do woli. A tu klops… Musimy poważnie przemyśleć nasz wybór kierunku na ferie w przyszłym roku.
PS. Przyszłoroczne urodziny Stefka wypadają w terminie ferii zimowych w naszym województwie. 😀