Jeśli szukacie odludzia na okres, w którym wszyscy rzucają się na najpopularniejsze atrakcje (obejrzyjcie sobie zdjęcia i nagrania z Tarnicy, Szrenicy, Śnieżki czy okolic ZOO we Wrocławiu…), to mamy dla was miejscówkę, w której tłumów na pewno nie spotkacie.
W zeszłym roku skończyłam bieszczadzki kawałek Głównego Szlaku Beskidzkiego, a w majówkę zabrałam się za Beskid Niski. To pasmo jest największe ze wszystkich Beskidów, ciągnie się przez nie również najdłuższy kawałek GSB – aż 150 kilometrów. Beskid Niski jest również opisywany jako najdziksza część całego szlaku długodystansowego, i, biorąc pod uwagę swoje dotychczasowe doświadczenia, muszę w dużej mierze się z tym zgodzić. Ale po kolei.
Dzień 0.
1 maja tuż po świcie ruszyliśmy na Dworzec Centralny, żeby dostać się do Krakowa, a tam złapać pociąg TLK Bieszczady. Jest to pociąg niezwykły i to z kilku względów. Po pierwsze, jest obsługiwany przez trójczłonowy spalinowy zespół trakcyjny SN84 „Mucha”. Samo w sobie nie jest to ogromnie ciekawe (jeszcze prawie 40% linii kolejowych w Polsce czeka na elektryfikację i w związku z tym jest obsługiwanych przez pociągi spalinowe), ale rzecz w tym, że „Mucha” została wyprodukowana… ponad 50 lat temu. Jadąc tym pociągiem, czułam się, jakbym podróżowała nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Szczególnie od Sanoka, gdzie wysiadła zdecydowana większość podróżnych, a w wagonach hulał wiatr (dosłownie, za klimatyzację robią otwarte okna). Trasa pociągu to kolejna ciekawostka. Prawdopodobnie wpisując w wyszukiwarkę internetową TLK Bieszczady, otrzymacie informacje nt. tego pociągu w relacji Kraków Główny – Zagórz, czyli relacji o numerze 30112. My natomiast jechaliśmy relacją wydłużoną, aż do Łupkowa, a ten pociąg figuruje w rozkładzie jazdy przewoźnika jedynie… cztery raz w roku.
Sami widzicie, że 6-godzinna podróż z Krakowa do Komańczy była nie lada gratką, mimo że samochodem ta sama droga zajęłaby niemal dwa razy mniej czasu. Szczególnie ostatnia faza, z Sanoka, była naprawdę niesamowita i myślę, że takich wrażeń nie da się powtórzyć, używając innego środka transportu. W samej Komańczy zostawiliśmy bagaże w bazie noclegowej i wybraliśmy się na obiad do Leśnej Willi PTTK, a potem na spacer, głównie w celu zobaczenia… muralu. Ale nie takiego zwykłego, a na drewnie. „Cichy memoriał”, bo o nim mowa, to projekt sanockiego artysty Arkadiusza Andrejkowa. Maluje on na Podkarpaciu (ale nie tylko!) murale przedstawiające mieszkańców wsi, szczególnie tych, którzy już odeszli z danej społeczności. Mimo że mural w Komańczy nieco już wyblakł, wciąż robi wrażenie.

Dzień 1.
Na pierwszy dzień zaplanowałam dłuższy kawałek trasy, 27 kilometrów i ponad 1600 metrów przewyższeń (na mapie poniżej start jest oznaczony z centrum wsi, my tak naprawdę startowaliśmy z okolicy przystanku Letnisko). Warto zaznaczyć też, że chyba pierwszy raz spotkałam się z tak dużym rozjazdem czasu przejścia na tabliczkach w stosunku do mapy turystycznej. Tym razem tabliczka pokazywała 7h 20min z Willi PTTK, natomiast mapa-turystyczna.pl 7h 56min. Cała trasa (z postojami) zajęła nam dokładnie 7 godzin i 25 minut, więc stwierdzam, że tabliczki są chyba jednak bardziej wiarygodne.
Wędrówkę przez Beskid Niski można w zasadzie opisać tak: las, las, polana, las, las, więcej lasu, polana. Jadący z nami w pociągu pasażer stwierdził, że „Beskid Niski nie jest do podziwiania, tylko do przeżywania” i… chyba miał rację. Na pewno nie znajdziecie tutaj zapierających dech w piersiach widoków, ale jeśli zależy wam na spokoju i psychicznym odpoczynku, to ten region jest dla was. Podejścia przez las bywają nużące. Pierwszego dnia szczególnie męczący był pierwszy etap, bo tuż za Komańczą aż do polany pod Wahalowskim Wierchem trwa wycinka lasu i leśna droga, którą prowadzi czerwony szlak, jest mocno rozjeżdżona przez ciężkie maszyny. Warto było jednak przebić się przez ten kawałek, żeby potem odpocząć na rozległej łące otoczonej pagórkami.



Przez kolejny płat lasu oraz polanę Kremenec dotarliśmy do Przbyszowa. Jest to mała osada ukryta w lesie; oficjalna strona PTTK podaje, że znajduje się tam tylko jeden budynek, „Chata w Przybyszowie”, ale to już nieaktualne. Na mapie-turystycznej.pl zaznaczona jest też Niedźwiedzia Dolina, osada domków do wynajęcia, a na działce obok stoją już fundamenty pod kolejne domki tego typu (tak przynajmniej się domyślamy). Nie jest to już koniec świata, ale wiosce wciąż daleko do stanu sprzed wojny. Od połowy XVI wieku (!) do roku 1939 mieszkało tutaj ok. 500 ludzi, Łemków. Podobnie jak we wszystkich mijanych przez nas wioseczkach, spotkał ich smutny los – zostali wysiedleni przez Armię Czerwoną, a pozostał po nich tylko cmentarz i drzewa owocowe. Co ciekawe, był to jedyny cmentarz, na którym zobaczyliśmy nagrobki wypisane łacinką, a nie cyrylicą. Jednak imiona i nazwiska oraz hasło „Vicznaja pamiać” nie pozostawiają wątpliwości co do pochodzenia etnicznego pochowanych tam osób.
Z Przybyszowa weszliśmy na Tokarnię, czyli najwyższy szczyt na naszej trasie pierwszego dnia. Do tej pory spotkaliśmy na szlaku trzy osoby (wszystkie z dużymi plecakami wskazującymi na długi marsz), ale w okolicy Tokarni natknęliśmy się na kilka grupek, które robiły krótsze spacery, najprawdopodobniej z okolicznych miejscowości. Podbiłam pieczątkę Korony Beskidu Niskiego i ruszyliśmy ostatnim już kawałkiem lasu, częściowo wzdłuż rezerwatu Bukowica, aż dotarliśmy do pól na stokach Kiczery i jednocześnie na obrzeża Puław Górnych. Zgodnie stwierdzamy, że ten kawałek trasy był absolutnie najpiękniejszy z całej wycieczki. Spacer gruntową drogą w pełnym słońcu i otoczeniu soczystej wiosennej zieleni jednoznacznie kojarzy się nam z dzieciństwem i wakacjami spędzonymi na rowerze na wsi, więc mimo że byliśmy już nieco zmęczeni całodniowym marszem, czuliśmy się wręcz błogo.


W Puławach znaleźliśmy kolejny cmentarz z łemkowskimi grobami, a z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się, że akurat mieszkańcy tej wioski dobrowolnie zgłosili się do wyjazdu na Ukrainę, ponieważ mieli nadzieję na osadzenie w tej samej miejscowości. Tak się jednak nie stało – zostali oni rozrzuceni po całym kraju, a wioska popadła w zapomnienie. Dopiero w latach 1968-1970 miejscowość została ponownie zasiedlona przez Polaków z Zaolzia.
Kilka uwag praktycznych na temat Puław:
- noclegi znajdziecie na Google maps; po prostu sprawdzajcie po kolej wzdłuż szlaku, telefonujcie, znajdziecie wolne miejsce bez problemu,
- operator Plusa nie ma zasięgu w promieniu kilku kilometrów od miejscowości, nie pytajcie dlaczego, uwierzcie na słowo,
- w Puławach nie ma sklepu, ale również poza sezonem (narciarskim) otwarta jest restauracja przy ośrodku Kiczera Ski; jedzonko smaczne, ceny umiarkowane.
Dzień 2.
Drugiego dnia czekała nas dużo krótsza trasa – 18 kilometrów i ponad 1300 metrów przewyższeń, a po drodze nas kilka ciekawych postojów.
Pierwsze 6 kilometrów to niestety marsz wzdłuż asfaltu; gdyby nie wczesny start, ten kawałek byłby bardzo nieprzyjemny. Po drodze minęliśmy Puławy Dolne (w których buduje się obecnie dom kultury z kinem), most nad Wisłokiem oraz pozostałości wsi Tarnawka. Do dziś przetrwało tam kilka grobów i kawałek fundamentów cerkwi. Od 1570 do 1946 roku mieszkali tu Łemkowie, ok. 350 osób. Obecnie ledwo można już rozpoznać ślady dawnego osadnictwa. Nieco dalej znajduje się baza namiotowa w Wisłoczku, gdzie również mieszkali Łemkowie. Tutaj pozostałości po nich zostały upamiętnione tablicami ścieżki edukacyjnej Historie Nieoczywiste.



Podobnie jak poprzedniego dnia, trasa ciągnęła się przez las i przez polanę, żeby wreszcie dotrzeć do nieistniejącej już Wołtuszowej. Od 1470 do 1945 roku zamieszkiwali tam Łemkowie, potem bardzo krótko Polacy, a od 1946 roku wieś jest już opuszczona i pozostały po niej jedynie niewyraźne ślady. Jak dowiedzieliśmy się z tablicy informacyjnej, teren Wołtuszowej został oddany w dzierżawę, a gospodarz terenu własnym nakładem pracy wykarczował zarastające łąki, utwardził drogę oraz wytyczył ścieżkę spacerową (wyrazy podziwu!).
W Rymanowie-Zdroju zrobiliśmy przerwę na kawę i przekąskę, a przy okazji mogliśmy poświęcić chwilę na podziwianie uroczych domów uzdrowiskowych (uważam, że polskie miejscowości uzdrowiskowe i ich drewniana architektura są fantastyczne – przynajmniej na kilkugodzinną wizytę 😉 ). Potem już tylko krótki odcinek przez las i cel naszego marszu, czyli Iwonicz-Zdrój. To stąd mieliśmy bezpośredni autobus do Warszawy (Neobus, od lat nasz sprawdzony przewoźnik na Podkarpaciu), dlatego też celowaliśmy na dojście do tej miejscowości wczesnym popołudniem, żeby mieć jeszcze czas na obiad i zakupy spożywcze. Okazało się, że zapasu mieliśmy niemal trzy godziny, więc mogliśmy go częściowo spożytkować opalając się na ławce pięknym parku zdrojowym.



Krótkie podsumowanie
W ciągu dwóch dni przeszliśmy 45 km, czyli niemal 1/3 GSB w Beskidzie Niskim. Zajęło nam to łącznie 13 godzin z wieloma krótkimi i długimi postojami po drodze. Trasa generalnie jest nieźle oznakowana, szczególnie kawałek między Komańczą a Puławami, ale potem robi się gorzej. Drugiego dnia na polanach nie dojrzałam już traserów (bardzo pomocnych zimą), a w lesie kilka razy trafialiśmy na skrzyżowania dość dużych dróg leśnych, gdzie brakowało oznaczeń i wybieraliśmy drogę na czuja – nie wiem, czy to kwestia doświadczenia, ale za każdym razem trafialiśmy dobrze i po kilkunastu-kilkudziesięciu metrach trafialiśmy na drzewo z oznaczeniem szlaku.
Za nocleg z Komańczy zapłaciliśmy 190 zł, w Puławach 200 zł. Pociągi z Warszawy do Krakowa i potem do Komańczy kosztowały 172,50 zł, a autobus z Iwonicza-Zdroju do Warszawy 198,60 zł.
W głowie kiełkuje mi już plan na kolejną część trasy, ale póki co – zbieram siły na inne kierunki. Relacje już wkrótce!
