Gorce jesienne

To już trzeci raz i chyba coś na kształt tradycji, że w długi weekend listopadowy zabieramy chłopców w góry.

Właściwie to dwa lata z rzędu spędzaliśmy te długie weekendy w Beskidzie Żywieckim – najpierw zabraliśmy tam samego Zyzia, a potem obu chłopców. Na ten rok wybraliśmy inny kierunek, jednak niezupełnie nowy, bo w Gorcach byliśmy też dwa razy, tylko że za każdym razem zimą. W dużej mierze postanowiliśmy też odtworzyć przebieg naszej wędrówki z 2019 roku, z 1,5-rocznym Zyziem. Do tego dodaliśmy wizytę w schronisku, które odwiedził Marcin z częścią naszej ekipy z wyjazdu z roku 2021. Ale po kolei.

Jakiś miesiąc przed wyjazdem wybraliśmy kierunek i zarezerwowaliśmy nocleg (od jakiegoś czasu można to wygodnie zrobić przez stronę internetową schroniska). Wiedzieliśmy już, czego się tam spodziewać (przede wszystkim – jak wyposażona jest kuchnia turystyczna), i widzieliśmy też, że chłopcy są na tyle sprawni, żeby dojść z Nowego Targu pod Turbacz przed zachodem słońca. 1 listopada w Gorcach przywitała nas prawdziwa złota jesień. Temperatura sięgała 18-19 stopni, więc musieliśmy schować kurtki i swetry do plecaków i wspinać się w krótkich rękawach. Widoczność była doskonała, a przerwy na polanach bardzo przyjemne. Kiedy ostatnio szłam tym szlakiem, był on zasypany śniegiem, bez rakiet można było utknąć w niektórych miejscach po pas. Już wtedy moją uwagę zwróciły też domki wzdłuż szlaku. Wynika to z tego, że ani południowo-zachodnia część Gorców, ani nawet jego najwyższy szczyt nie leżą w granicach Gorczańskiego Parku Narodowego. Wzdłuż zielonego szlaku prowadzącego z Nowego Targu zobaczycie więc sporo prywatnych domków. Teraz znacznie więcej niż w 2019.

Po trzech godzinach, już o zachodzie słońca doszłam ze Stefkiem do schroniska. Marcin i Zyzio dotarli tam około godzinę wcześniej, a teraz wszyscy załapaliśmy się na piękny zachód słońca ze świetnie widoczną granią Tatr Wysokich i Tatr Zachodnich. W planie dnia została nam tylko kolacja (w jadalni z jeszcze lepszym widokiem, bo o piętro wyżej niż spod wejścia do schroniska) i przygotowanie do spania.

Zgodnie z prognozami pogody sobota obudziła nas deszczem, więc nie spieszyliśmy się specjalnie ze śniadaniem i wyjściem na szlak. Plan na ten dzień był prosty – dojść do Schroniska PTTK Stare Wierchy, zjeść obiad i tym samym szlakiem wrócić do bazy. Okazało się to nieco trudniejsze w realizacji, a wszystko za sprawą wszechobecnego błota. Już przy zejściu z Turbacza Stefcio pośliznął się dwa razy i był solidnie pokryty brązową mazią. A więc nieco mokry. Jeśli dodać do tego chmury, mżawkę, temperaturę ok. 4 stopni i lekki wiatr, zaczęliśmy się zastanawiać, czy jest sens iść dalej. Po naradzie z chłopcami postanowiliśmy dojść przynajmniej do Obidowca (czyli nieco za połowę drogi do Starych Wierchów). Okazało się, że było to dobra decyzja. Deszcz wkrótce przeszedł, wiatr również, bo zeszliśmy z masywu Turbacza do lasu. Już w okolicach Obidowca wydało nam się, że chyba zaczyna się rozchmurzać, a jeszcze zanim doszliśmy do schroniska, zza chmur wyjrzało na chwilę najprawdziwsze słońce.

Schronisko Stare Wierchy należy raczej do tych mniejszych. Jest tam jedynie 28 miejsc noclegowych, a w jadalni dwa krótkie stoły, które mogą pomieścić wygodnie maksymalnie 16 osób. Do schroniska weszliśmy ok. 12:30 i wszystkie miejsca były zajęte, ale wiedzieliśmy, że chcemy się rozgrzać, więc postanowiliśmy, że w najgorszym wypadku zjemy na ławach korytarzu. Szczęśliwie tuż po tym, jak dostaliśmy nasze dania, zwolniło się kilka miejsc i mogliśmy zjeść wygodnie przy stole, a potem skorzystać z toalety, podbić pieczątki i wrócić na szlak – tym razem bez deszczu i od czasu do czasu w słońcu.

Podobnie jak poprzedniego dnia, Marcin ruszył do przodu z Zyziem i dotarł z nim do schroniska pół godziny przede mną i Stefkiem. Końcówka trasy, choć zimna, była zachwycająca – spędziliśmy krótką chwilę obserwując zachód słońca na Turbaczu, po czym zeszliśmy do naszej bazy, żeby ogarnąć się po błotnych przygodach.

Ostatni dzień obudził nas słońcem i kolejną porcją doskonałych widoków, ale tym razem w rześkim powietrzu. Trudno było uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu chodziliśmy tutaj w krótkich rękawkach – w niedzielę z rana temperatura wynosiła niewiele ponad zero stopni, więc chłopcy musieli założyć pod spodnie trekkingowe bieliznę termiczną, ale za to znaleźli doskonałą zabawę na drodze w dół. Każdy z nich zaopatrzył się w solidnego kija i rozbijali razem zamarznięte kałuże.

Tym razem niemal cały czas na szlaku spędziliśmy razem, bo Zyzio, zajęty zabawą ze Stefkiem, nigdzie się nie spieszył. Po ok. 2,5 godziny dotarliśmy do parkingu w Nowym Targu i ruszyliśmy do domu.

Uwagi końcowe

We wpisie wspominałam już o górskich domkach, rosnących jak na drożdżach o okolicach Turbacza. Przy okazji tej wizyty w Gorcach rzuciło mi się w oczy jeszcze jedno zjawisko, mianowicie poziom używania miejscowych szlaków przez turystów zmotoryzowanych. Piesi i rowerzyści (a zimą narciarze) to całkiem zrozumiałe zjawisko – wiadomo, że mają wstęp na wiele szlaków, również w parkach narodowych. Miejscowi, którzy dojeżdżają samochodami terenowymi na swoje działki i do swoich domków to również nic dziwnego. Niestety, to nie jedyne pojazdy, które poruszają się tamtejszymi drogami, a nawet naprawdę wąskimi szlakami (mam tutaj na myśli odcinki prowadzące dość głębokimi jarami – w takim miejscu piesi muszą wspinać się na brzeg, żeby uciec przed samochodem…). Podczas trzech dni pobytu w Gorcach mijało nas sporo quadów i motorów crossowych, w niedzielę spotkaliśmy także sporą grupę myśliwych w kilku samochodach terenowych. W efekcie wiele szlaków jest mocno rozjeżdżonych, a spacerowanie wśród głębokich kolein i jeszcze głębszych kałuż nie należy do najprzyjemniejszych. Stwierdzam, że Gorce w zimowych warunkach są jednak przyjemniejsze. 😉

Dodaj komentarz