Chorwacja. Istria

Po górach przyszedł czas na beztroski relaks na plaży. Skoro już i tak byliśmy w połowie drogi, zdecydowaliśmy się na Chorwację, a dokładnie na jej północną część.

Istria to półwysep, którego północny skrawek należy do Słowenii (znajduje się tam uroczy Piran), a reszta do Chorwacji. Ta część kraju (a w zasadzie obu krajów, które dzielą się Istrią) odróżnia się od reszty obecnością w przestrzeni publicznej dwóch języków – tym drugim jest oczywiście włoski, choć w kontekście istryjskim chodzi tak naprawdę o język wenecki. W każdym razie nazwy wszystkich miejscowości pojawiają się na znakach drogowych w dwóch odmianach, podobnie jak wiele napisów w przestrzeni publicznej.

Na naszą bazę wybraliśmy kemping w Banjole (Bagnole), miasteczku w pobliżu dużo bardziej znanej Puli. Podobnie przed poprzednim razem w Chorwacji, w wyborze noclegu kierowałam się lokalizacją domków, ale też lokalizacją samej plaży, oraz atrakcjami na kempingu (moim wyznacznikiem jest ich brak!). Dobrze żeby na miejscu był supermarket i pralnia – tyle wystarczy. Nie mam zamiaru na wakacjach sprzeczać się z dziećmi, które ciągnie do „atrakcji”, których jedynym celem jest wysysanie pieniędzy z portfeli rodziców.

Akurat w Banjole znalazłam taką nieskomplikowaną miejscówkę; podobnie jak poprzednio, z domkami holenderskimi, a dodatkową atrakcją na plaży była bliskość trzech wysp: Otočić Frašker, Otočić Fraškerić i Veruda. Jak słusznie podejrzewaliśmy, stanowiły one doskonały cel wycieczek na SUPach czy kajakach, za to Marcin pływał tam kilka razy dziennie wpław (oczywiście z bojką, wspomagał się też płetwami). To, czego nie wiedziałam o tej uroczej zatoczce, to ilość przepływających tamtędy i cumujących tam łódek i żaglówek. I to naprawdę blisko. Od razu po wejściu na plażę zrozumiałam, że jest tam po prostu głośno, dużo głośniej niż było w Baškiej Vodzie. Po kilku dniach przyzwyczaiłam się do tego, ale w pierwszym momencie doznałam lekkiego szoku.

Chociaż do Chorwacji przyjechaliśmy głównie po to, żeby odpoczywać na plaży (i trochę w wodzie), nie zrezygnowaliśmy zupełnie z wycieczek i możemy podzielić się wrażeniami z trzech miejscówek.

Pula

Atrakcją numer 1 w Puli jest zdecydowanie amfiteatr. Nie ma się co dziwić – budowla ma ponad 2000 lat, a jest w tak doskonałym stanie, jak rzymskie Koloseum. Do dziś służy jako scena koncertowa i choć obecnie oferuje jedynie 5 tysięcy miejsc siedzących, dawniej mieściła… 23 tysiące widzów! Amfiteatr był również źródłem kamienia dla lokalsów, zbudowano z niego np. dzwonnicę przy miejscowej katedrze, ale szczęśliwie rozbiórek ostatecznie zabroniono i dziś wciąż możemy podziwiać ten niesamowity obiekt. Jednak moim zdaniem w zupełności wystarczy obejrzenie go z zewnątrz, np. z ulicy Ozad Arene, dokładnie z tyłu budynku (patrząc od wejścia) – tak się składa, że ta ulica jest odrobinę wyżej niż najwyższe siedzenia na widowni, a łuki amfiteatru oddziela od ulicy jedynie krata. Ba, tuż obok niej są ogródki kilku knajpek, więc wnętrze amfiteatru możecie podziwiać z kawą czy innym trunkiem w ręku. Bilet wstępu daje tylko taki bonus, że można zajrzeć również do podziemi, ale uważam, że maleńka wystawa poświęcona starożytnym funkcjom piwnic amfiteatru oraz historii oliwy z oliwek w regionie nie jest warta ceny wstępu (10/5 euro).

Po obejściu każdego dostępnego zakamarka pierwszej atrakcji (zajęło nam to mniej niż pół godziny), skierowaliśmy się w stronę Forum, po drodze zahaczając o kościół św. Antoniego z pierwszej połowy XX wieku. Nie uniknęliśmy również przejścia pod słynnym Łukiem Sergiusza (polecam zatrzymanie się POD nim i przyjrzenie się stropowi – moim zdaniem to jeden z ciekawszych elementów łuku). Wreszcie ulicą (również) Sergiusza (miejscowe Krupówki; jeśli nie szukacie tłumów, pamiątek lub lodów, spróbujcie użyć bocznych uliczek) dotarliśmy do Forum. Takiego Forum, jakie znacie z książek do historii – starożytnego rynku, który kiedyś stanowił serce miasta, a powstał niewiele później niż amfiteatr. Do dziś przetrwała tam świątynia Augusta (z przełomu 1 wieku przed i naszej ery) oraz ściana bliźniaczej świątyni Diany. Owa ściana została wykorzystana do budowy ratusza, który teraz jest ciekawą hybrydą – ogólnie jest budynkiem gotyckim (XIII wiek), który został przebudowany w stylu renesansowym (XV wiek), a potem barokowym (XVII wiek), natomiast jego tył reprezentuje starożytność (początek I wieku naszej ery).

Na placu znajduje się również punkt informacji turystycznej, w której możemy się zaopatrzyć w mnóstwo darmowych materiałów – począwszy od map Puli (w większej i mniejszej skali), ulotek na temat niektórych atrakcji miasta, a na mapach tematycznych całej Istrii (z atrakcjami przyrodniczymi czy architektonicznymi) skończywszy.

Na koniec wycieczki do Puli podzieliliśmy się na dwie grupy – Marcin i Zyzio poszli do Muzeum Sztuki Współczesnej, a ja i Stefek wdrapaliśmy się na wzgórze, na którym znajduje się fort. Ze względu na ograniczony czas zdecydowaliśmy, żeby nie wchodzić do środka, tylko obejść fortyfikacje z zewnątrz. Ze wzgórza jest doskonały widok na port, mały teatr rzymski, a nawet amfiteatr, więc zdecydowanie polecam spacer ścieżką dookoła. Po kilkunastu minutach musieliśmy już schodzić i kierować się w stronę amfiteatru, ale mój wzrok przykuła surowa bryła kościoła. Okazało się, że to kościół św. Franciszka, który położony jest na wzgórzu, a obok niego znajduje się jeszcze klasztor i ogród. Czas naprawdę naglił (Marcin i Zyzio już skończyli zwiedzanie Muzeum), ale wejście do ogrodu i kościoła kosztowało jedynie 1 euro, więc skusiliśmy się na wizytę.

Warto było! Sam ogród jest uroczy, otoczony jest wczesnośredniowiecznym krużgankiem, a w samym krużganku znajduje się lapidarium średniowiecznych rzeźb. Mało tego, jedno z pomieszczeń przylegających do krużganka jest udostępnione do zwiedzania, a znajduje się w nim pochodząca z III wieku mozaika podłogowa przedstawiająca hippokampa (pół konia, pół rybę). Sam kościół, wzniesiony w XIV wieku, zadziwia surowością wnętrza. Jedynym zdobnym fragmentem jest ołtarz z XV wieku, ale niesamowity jest absolutny brak barokizacji. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś widziała gotycki kościół, który przetrwał do dziś w tak mało zmienionej formie. Dodam jeszcze, że atrakcją dla dzieci są… żółtwie biegające po ogrodzie! Naliczyliśmy ich chyba 20, do tego stadko malutkich okazów, które wyglądały, jakby zupełnie niedawno się wykluły. Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że to miejsce jest prawdziwą ukrytą perełką.

Ostatecznie spędziliśmy w Puli tylko pół dnia i odkryliśmy dla siebie jedynie kawałek tego miasta. Na mnie Pula zrobiła bardzo dobre wrażenie – turystów jest tutaj sporo, ale koncentrują się oni wokół amfiteatru, na ulicy Sergiusza oraz na Forum. Spacerując w niewielkim oddaleniu od tych punktów można spokojnie poprzyglądać się ludziom i architekturze miasta oraz poszukać ciekawych miejsc. Myślę też, że warto przyjechać tam rano. My o 10 zaparkowaliśmy pod samym amfiteatrem, a bilety do tego miejsca kupiliśmy z marszu. Przed 14 do amfiteatru ciągnęła się kilkunastometrowa kolejka, wjazd na parking był zamknięty z powodu braku wolnych miejsc, a z centrum wyjeżdżaliśmy w korku. Na pewno zaoszczędzicie sporo czasu i nerwów, jeśli przyjedziecie do Puli przed południem.

Gornij Kamenjak

Podczas pobytu w Chorwacji nie zaniechałam treningów, a że póki co trenuję nieco dłuższe dystanse, musiałam znaleźć odpowiednio długą trasę. Mogłam oczywiście kręcić kółka na campingu, ale dla własnego zdrowia psychicznego wybierałam trasy do innych miejscowości i tak trafiłam na rezerwat Kamenjak, a konkretnie jego północną część – Gornji Kamenjak.

Główna ścieżka prowadząca przez Górny Kamenjak widzie niemal równolegle do Premanturskiej Cesty, różnica polega na tym, że ulica biegnie na poziomie morza, wzdłuż zatoki, natomiast ścieżka wznosi się niecałe 100 metrów wyżej, bo biegnie grzbietem pomiędzy dwiema zatokami. Rozciągają się stamtąd piękne widoki na południowe wybrzeże półwyspu. Dodatkową atrakcją jest umieszczona wzdłuż trasy droga krzyżowa, której stacje stanowią rzeźby stworzone przez znanych rzeźbiarzy z Chorwacji i innych krajów. Po drodze można też zajrzeć do austro-węgierskiego bunkra z 1912 roku. Przede wszystkim jednak można cieszyć się ciszą, bo akurat ta część rezerwatu nie jest często odwiedzana przez turystów.

Rejs wokół przylądka Kamenjak

Ostatni wieczór w Chorwacji postanowiliśmy spędzić nie na plaży, ale na morzu. I to nie w byle jaki sposób, bo na rejsie połączonym z obserwacją delfinów. Tak się składa, że w wodach dookoła przylądka Kamenjak delfinów jest sporo i stali bywalcy wiedzą, gdzie pływać, żeby zobaczyć te zwierzęta.

W całej południowej Istrii takich rejsów jest naprawdę dużo; my zdecydowaliśmy się na kurs z Medulin, portowego miasteczka położonego zaledwie kilka kilometrów od naszej bazy wypadowej. Wybraliśmy też rejs połączony z kolacją na pokładzie, żeby nie martwić się szukaniem jedzenia po powrocie z wycieczki. Już na miejscu okazało się, że o tej samej godzinie z portu wypływają dwa statki tej samej firmy, a chwilę potem jeszcze kolejne z innych przedsiębiorstw.

Ostatecznie tuż przed zachodem słońca dookoła przylądka pływała mała flotylla, ale nie wystraszyło to delfinów. Było ich całkiem sporo, i choć zrobienie im zdjęcia nie było proste, to obserwacja była dość łatwa. Na pierwszą informację o zaobserwowanym ssaku większość pasażerów rzuciła się w stronę wskazanej burty, ale okazało się to zbędne. Przez godzinę krążyliśmy w okolicach przylądka i delfiny wyskakiwały z wody raz z jednej, raz z drugiej strony. Można było spokojnie siedzieć na swoim miejscu i po prostu obserwować wodę ze swojej strony. Warunki pogodowe były naprawdę doskonałe, a uroku dodawało specyficzne światło tuż przed zachodem słońca.

Muszę przyznać, że po 1,5 godziny wycieczki (pół godziny zajęło wypłynięcie w otwarte morze, potem godzinę obserwacja) większość pasażerów nieco już zobojętniała na delfiny i wszyscy myśleli tylko o kolacji, która zresztą wkrótce została zaserwowana. Zamówiliśmy opcje rybne oraz jedną wegetariańską i okazało się, że o ile wegetariańska była raczej skromna, to ryby przerosły nieco nasze możliwości, bo dostaliśmy trzy duże w całości pieczone makrele z dużą porcją sałatki i chleba. Przez cały kurs do naszej dyspozycji były również woda i soki (oraz piwo i wino, ale z tego nie skorzystaliśmy).

Wreszcie po trzech godzinach wpłynęliśmy do portu. Razem z tłumem uczestników tego i innych rejsów udaliśmy się na parking. I odkryliśmy, że popełniliśmy ogromny błąd. A błąd ten polegał na zaparkowaniu blisko portu. Korek wyjazdowy z tego miejsca zupełnie przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Nie wiem, czy codziennie wieczorem tak to wygląda czy może przyczyniło się do tego święto, które wypadło akurat tego dnia (i poskutkowało zwiększonym ruchem turystycznym wśród samych Chorwatów), ale nasz powrót na bazę zamiast 15 minut, zajął nam grubo ponad godzinę. Z czego godzina to jedynie wyjazd z parkingu i przejechanie kilkusetmetrowego odcinka do głównej drogi w miejscowości. Jeśli wybieracie się w to samo miejsce, zaparkujcie nieco dalej od portu i zróbcie spacer przed rejsem, prawdopodobnie zaoszczędzicie sobie sporo stresu.

Dodaj komentarz