Słowenia. Dzień 4

Wreszcie – dotarliśmy nad morze. Co prawda nie Bałtyckie, ale mówi się trudno. 😉

Rano zostawiliśmy za sobą Alpy Julijskie i pojechaliśmy na południowy zachód Słowenii. Tuż przed Koprem (albo raczej Capodistrią) przejechaliśmy przez kilka tuneli i odnieśliśmy wrażenie, że jak tylko zobaczyliśmy w oddali morze, gwałtownie zmienił się klimat. Nie dość, że roślinność zrobiła się śródziemnomorska, to całe osiedla wyglądały jak przeniesione z Włoch. I nie bez powodu – Piran, Koper i cała okolica jeszcze do końca XVIII wieku były we władaniu Wenecjan. Potem w XIX wieku przeszły na krótko pod panowanie austriackie, a po I wojnie światowej weszły w skład Wolnego Terytorium Triestu – 75% społeczeństwa tego regionu stanowili Włosi. Dopiero w 1954 Koper, Piran i okoliczne miasta zostały włączone w skład Jugosławii, co spowodowało emigrację większości ludności włoskojęzycznej do Włoch. Jednak do dziś w Piranie (lub Pirano) i całej gminie Koper obowiązują dwa języki urzędowe, słoweński i włoski. Te wszystkie czynniki sprawiają, że Piran jest opisywany jako najbardziej włoskie miasto w Słowenii (podczas gdy pobliski Triest jest uznawany za najbardziej austriackie miasto we Włoszech).

Korzystając z podpowiedzi internatów wybraliśmy się do Piranu po weekendzie, a samochód zostawiliśmy na wielopoziomowym parkingu poza centrum (do ścisłego centrum mogą wjechać tylko posiadacze abonamentu). Zapewne ze względu na ogromne zainteresowanie, miejsca na wspomnianym parkingu są bardzo ciasne. Tak ciasne, że pasażerowie powinni wyjść przed zaparkowaniem, dlatego, mimo że wjazd jest na poziomie 7, radzimy parkować na poziomie 1 – po pierwsze, to właśnie tam jest wyjście do darmowego autobusu do centrum Piranu, po drugie tuż przy tym wejściu jest automat do zapłaty za parking, a po trzecie, jest tam dużo wolnych miejsc. Wrażenie tuż po wyjściu z parkingu jest niesamowite – wąska uliczka przy lekko zaniedbanym budynku, bardzo głośne cykady, morze tuż za zakrętem. Autobus zabiera pasażerów z małego przystanku i po 5 minutach dojeżdża do głównego placu Piranu. Stamtąd można zrobić spacer wzdłuż wybrzeża, wspiąć się do kościoła św. Jerzego i podziwiać doskonały widok na całe miasto albo zgubić się w labiryncie uliczek (szczególnie jeśli szukacie ochłody w gorący dzień).


Prawie całe wybrzeże jest wybetonowane, ale właśnie na tym betonie (czasem nawet na placykach przed budynkami po drugiej stronie bulwaru) leżą rzesze ludzi. Co jakiś czas pojawiają się zejścia do wody, zaskakująco płytkiej przy brzegu. Dopiero na wysokości kościoła św. Jerzego znajduje się kawałek kamienistej plaży. My zdecydowaliśmy się pojechać do Portoroža (Portoroso) i skorzystać z jednej z niewielu piaszczystych plaż w Słowenii (oczywiście sztucznie utworzonej). Wzdłuż głównej ulicy jest sporo miejsc parkingowych, trzeba jednak pamiętać o monetach na opłatę. Na plaży można wynająć wygodne leżaki i parasol (24 euro za komplet). Jednak jeśli jest się tam z dziećmi, nie jest to idealne doświadczenie, bo z poziomu plaży nie widać morza – zejście do wody jest oczywiście za betonowym pasem i sporo niżej niż piasek.

Piran i cała okolica zapierają dech w piersiach. Jeśli będziemy mieli okazję, to na pewno tam wrócimy, warto. Tymczasem przenosimy się bliżej centrum Słowenii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s