Anglia. Londyn.

Ktoś kiedyś powiedział: „Nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój…”. Coż, postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest naprawdę. 😉

Umówmy się – Londyn jest ogromny. Mieszka tam 10 milionów ludzi. To pięć razy więcej niż w Warszawie. Nieraz słyszeliśmy, że stolica Wielkiej Brytanii jest zwyczajnie za duża. Załatwiając byle pierdołę „na mieście” trzeba spędzić pół dnia w komunikacji miejskiej. Zwiedzania to nie ułatwia. Dlatego podczas pierwszej wizyty postawiliśmy na jedno miejsce – Muzeum Historii Naturalnej.

Mało tego, postanowiliśmy pojechać do Londynu na jedyne 8 godzin. Chociaż w czwartek wyjazd stanął pod znakiem zapytania z powodu mojego i Zyziowego kataru (dla tych co się śmieją – spróbujcie wytłumaczyć niemowlakowi, dlaczego ma zatkany nos i nie może oddychać podczas jedzenia). Stanęło na tym, że nie mogliśmy przebukować biletów i w sobotę rano po prostu wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy do stolicy.

Z dworca autobusowego Victoria do MHN jest tylko pół godziny drogi na piechotę, ale nam z przerwą na kawę i kilkoma na orientację w terenie dojście zajęło niemal godzinę. A na miejscu okazało się, że w soboty do muzeum przychodzą tłumy. Co przekłada się na gigantyczne kolejki. Na szczęście nie zniechęciliśmy się. Pracownik muzeum skierował nas do bocznego wejścia, od strony Exhibition Road, gdzie kolejka faktycznie była dużo krótsza, a poza tym posuwała się bardzo sprawnie. Po 20 minutach byliśmy w środku.

Okazało się, że torby sprawdzane są wyrywkowo (chociaż na stronie muzeum napisano, że wszystkie torby i plecaki są skanowane), a szatnia nie jest obowiązkowa (trzeba w niej płacić 2 funty za każdą sztukę odzieży wierzchniej). Skorzystaliśmy więc z tego, że mieliśmy ze sobą wózek i po prostu weszliśmy na wystawy. A tych jest ogrom.

Oczywiście punktem cieszącym się największym zainteresowaniem jest hala główna oraz strefa dinozaurów. W centrum muzeum bardzo długo znajdował się ogromny szkielet dinozaura, ale kilka miesięcy temu zastąpił go płetwal błękitny (niestety to zdjęcie pokazuje mniej niż połowę długości tego zwierzęcia):

Trzeba przyznać, że wystawy są dobrze przemyślane, przez część prowadzą trasy jednokierunkowe, opisy są krótkie i treściwe, więc nie trzeba sterczeć przez pół godziny przed jedną planszą. Nie brakuje też atrakcji dla dzieci. Największą furorę robił chyba mechaniczny tyranozaur, który dzięki bardzo płynnym ruchom wyglądał naprawdę realistycznie (na marginesie – pierwsze wrażenie w muzeum jest takie, że dzieci jest więcej niż dorosłych. W każdym razie są ich całe rzesze, w każdym wieku).

Ale MHN to nie tylko dinozaury. Można tutaj zobaczyć również ogromną kolekcję zwierząt, które i teraz zamieszkują naszą planetę. Nam udało się całkiem spokojnie przespacerować po wystawie ze ssakami (w nieco starym stylu – gabloty wypełnione wypchanymi zwierzętami) i owadami (dużo bardziej nowoczesna, jej częścią jest atrapa kuchni, w której pokazano insekty zamieszkujące domy).

Oprócz tego zobaczyliśmy ogromną halę ze skałami i minerałami (wśród okazów znajduje się ważący ponad 600 kg meteoryt oraz kawałek Marsa), wystawę poświęconą biologii człowieka (jeden z fragmentów odwzorowuje warunki, jakich doświadcza płód w macicy), wystawę sztuki historii naturalnej (czyli rysunki oraz zdjęcia różnych okazów fauny i flory, w większości wykorzystywane jako dokumentacja naukowa) oraz Centrum Darwina (otwarte kilka lat temu, prezentuje zależności pomiędzy działaniami człowieka a środowiskiem naturalnym, w jednej z jego części można obejrzeć przez szybę magazyny z okazami zakonserwowanymi w spirytusie).

Łącznie spędziliśmy w MHN tylko cztery godziny i zobaczyliśmy mniej niż połowę prezentowanych zbiorów. Marcin był zachwycony mnogością okazów, mnie za to najbardziej podobał się wiktoriański rozmach w architekturze. Tak czy inaczej jest to miejsce, do którego na pewno wrócimy.

Chociaż Londyn powitał nas stereotypową angielską pogodą (mżawka, chmury i nieco mgły), to wieczór okazał się bardzo przyjemny. Dwie godziny, które zostały nam do autobusu powrotnego spędziliśmy na spokojnym spacerze po Westminsterze.

Czy warto było spędzić 9 godzin w autobusie dla 8 godzin w Londynie? Tak! To była dość męcząca wycieczka i na pewno następnym razem nie zdecydujemy się na takie szaleństwo, ale wiemy, że niejednokrotnie będziemy tu wracać.

Podsumowanie kosztów (£):

  • 48.40 – bilety autobusowe w dwie strony
  • 11.00 – kawiarnie
  • 9.95 – obiad w muzeum

3 uwagi do wpisu “Anglia. Londyn.

Dodaj komentarz