Zamiast podsumowania

Wszyscy zaraz zaczną pytać – „no i jak było”? Nie znoszę tego pytania, nie tylko dlatego że jest tak mało precyzyjne i brzmi, jakby miało jedynie funkcję grzecznościową (zupełnie jak „How are you” na każdym kroku w Wielkiej Brytanii), ale dlatego, że akurat Stany wcale nie są tak dalekie (kulturowo) od Europy. Co nie znaczy, że nie ma różnic, szczególnie dla kogoś, kto jedzie tam pierwszy raz.

  1. Ludzie. W moim przypadku to był pierwszy aspekt, który rzucił mi się w oczy. Może w jakieś wiosce w Texasie jest „biała Ameryka”, ale na pewno nie w dużych miastach. Przyjrzyjcie się tym zdjęciom:

Tylko jedna z tych osób NIE urodziła się w Stanach. Tak, to ten biały mężczyzna. Ale ze względu na swój wygląd, to te trzy kobiety usłyszały od pewnego znanego człowieka „Wracajcie do domu”. To znaczy dokąd? A może ten, kto to powiedział, powinien wrócić do fabryki czekolady Willy’ego Wonki, skoro ma skórę koloru Umpa-Lumpy…

2. Transport publiczny (mówię oczywiście o Bostonie i Nowym Jorku). Ja wiem, że jestem nieco skrzywiona, bo na wszystko patrzę przez pryzmat Warszawy – miasta, w którym spędziłam najwięcej czasu. Ale nie potrafię inaczej (tym bardziej, że planuję powrót do Warszawy).
Zacznę od zalet. Po pierwsze, w absolutnie każdym autobusie czy wagonie metra jest klima (hmm, oprócz metra bostońskiego). I to taka konkretna, w środku jest chyba z 16 stopni. Super ochłodzenie w upały, ale po upływie 5 minut zaczyna się robić nieprzyjemnie. Klimatyzacja (w każdym pomieszczeniu, w którym byłam) spowodowała, że przez cały wyjazd byłam zaziębiona i do teraz ledwo mówię.
Po drugie, dobra siatka połączeń (szczególnie metrem).
Po trzecie, wspólny bilet na wszystkie środki transportu (to chyba już standard w większości miast, ale ja pamiętam jeszcze kilka wyjazdów, gdzie były inne bilety na autobus i inne na tramwaj =] ).
A teraz – co jest nie tak z tym transportem publicznym? Mają bardzo stary tabor! Szczególnie w metrze. Na kilkanaście przejażdżek raz tylko trafiłam (w Nowym Jorku) na wagon metra, gdzie były automatyczne zapowiedzi stacji (a nie wykrzykiwane do mikrofonu przez pracownika – podejrzewam, że tylko garstka pasażerów była w stanie to zrozumieć…). Stacje są brudne i brzydkie, maksymalnie gorące (dlaczego w Wawie na stacji metra latem jest chłodniej niż na zewnątrz, a zimą cieplej? Jakaś inna konstrukcja, czy coś?). No i szczury… Widziałam tylko dwa, ale i tak żyłam w strachu, że któryś rzuci się na mnie i zarazi wścieklizną.

3. Rowery w mieście. Warszawa pracuje nad tym, ale w Bostonie i Nowym Jorku jest naprawdę fajna sieć ścieżek rowerowych, w większości miejsc rozkład pasów jest następujący: chodnik, ścieżka rowerowa (jako część jezdni), pas do parkowania samochodów (na jezdni, a nie przy/na chodniku!), a potem pas/pasy dla pojazdów mechanicznych. Następnym razem w NY muszę spróbować jazdy rowerem.

4. Transport w ogóle. Po pierwsze, samochody. Nie powiem, że połowa, ale wiele osób używa SUVów, czyli połączenia samochodu osobowego i terenowego (choć dla mnie wyglądają bardziej jak połączenie monster trucka i osobówki – te przody chyba muszą być pancerne…) Mnie bardzo rzucał się w oczy tego typu obrazek:

Jeśli chodzi o podróże między miastami, to wiem z różnych źródeł, że pociągi są w odwrocie. W przypadku długich tras międzystanowych samoloty są dużo szybsze i nieco tańsze, a w przypadku krótszych tras (np. Boston-Nowy Jork) tańsze i niewiele wolniejsze są autobusy. W moim przypadku za bilet Boston-Nowy Jork-Boston zapłaciłam 26$, podróż w jedną stronę trwała 4,5 godziny. Przejazd pociągiem jest o pół godziny dłuższy, ale kosztuje 4 razy więcej. Tutaj możecie dowiedzieć się trochę o tym, dlaczego transport publiczny tak właśnie wygląda w Stanach.

5. Te drewniane domy obite sidingiem są po prostu wszędzie… W Bostonie mieszkałam 20 minut autobusem od centrum i jedynym murowanym budynkiem w okolicy był kościół. Po drodze do NY nie pamiętam budynków innego typu, może magazyny.

6. Wielkość napojów. Większość osób, które mijałam na ulicy, nosiła ze sobą kubki z kawą/colą czy jeszcze innymi napojami, i większość z tych kubków musiała mieć przynajmniej 1,5 litra. W 7 eleven na pewno można dostać jakieś 250 ml na kawę, ale to najmniejszy z 6 rozmiarów (z kolei na zimne napoje nie ma tak małych kubków).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s