Parę miesięcy temu Stefek oświadczył, że chce pojechać wiosną w Gorce. Konkretny chłopak – dokładnie określił pasmo i porę roku. W dodatku udało nam się podczas tego wyjazdu spełnić jeszcze jedno marzenie naszych chłopców, bo…
wybraliśmy się tam pociągiem nocnym. I to w wagonie sypialnym. Taki pociąg kursuje na trasie Gdynia-Zakopane, a po drodze zatrzymuje się w jednym z większych miast Małopolski – w Nowym Targu. Nowy Targ leży u podnóża Gorców i zarówno z tego miasta, jak i z okolicznych miejscowości wychodzi mnóstwo szlaków prowadzących na grzbiety dochodzące do Turbacza.
To nie był nasz pierwszy raz w Gorcach, więc postanowiliśmy tym razem zacząć marsz z innego punktu – z Łopusznej, do której można łatwo się dostać autobusem miejskim, zarówno spod dworca kolejowego, jak i autobusowego. Problem w tym, że pociąg nocny dojeżdża na miejsce o 5:50, kiedy dworzec kolejowy jest jeszcze zamknięty, a pierwszy autobus miejski w odpowiednim kierunku odjeżdża niemal godzinę później. Na szczęście kilometr od stacji kolejowej znajduje się dworzec autobusowy, który otwiera się wcześniej, a na miejscu jest duży supermarket oraz kawiarnia (wszystko również otwarte od godziny 6 rano).
Ostatecznie dojechaliśmy na pętlę osiedle Zarybiarnia w Łopusznej już po 7, i wyszliśmy na szlak ok. 7:20:
Po kilkuset metrach dotarliśmy do rozwidlenia i ruszyliśmy w prawo, szlakiem czarnym. Była to nieco dłuższa opcja, ale wyczytałam z mapy, że będzie bardziej widokowa i nie myliłam się. Tuż za głównymi zabudowaniami Łopusznej zaczyna się godzinne podejście przez las, ale jest ono potem solidnie wynagrodzone pięknymi polanami, na których zatrzymywaliśmy się średnio co pół godziny.
Na pierwszą polanę, Wysznią (po drodze jest jeszcze urocza polanka Chowańcowa, ale akurat z tej nie ma widoków), trzeba delikatnie odbić w lewo zieloną ścieżką edukacyjną. Po dotarciu na wysokość ławki wystarczy obrócić się i podziwiać panoramę Tatr Wysokich, która robi wrażenie szczególnie wiosną, bo zaśnieżone szczyty pięknie kontrastują z zielenią ogarniającą już Gorce. Kawałek dalej mijamy Polanę Jankówki, Polanę Zielenicę, Halę Młyńską pod Kiczorą, malutką polanę Gabrowską – każde z tych miejsc to kolejna okazja do postoju i podziwiania widoków.
Jednak największą gwiazdą całej tej trasy jest bez wątpienia Hala Długa. Jej magia polega nie tylko na doskonałej panoramie Tatr, ale również na krokusach, których wiosną są tutaj całe masy. Nie inaczej było w trzeci weekend kwietnia, a na dodatek trafiliśmy na idealne warunki atmosferyczne – zero zachmurzenia i niezbyt wysoką temperaturę. Jeśli widzieliście w mediach społecznościowych pola krokusów w Tatrach, ale przerażają was tłumy, które się wokół nich kręcą, koniecznie wypróbujcie Gorce. My na całej Hali Długiej spotkaliśmy może 40-50 osób. A że miejsca jest tam bardzo dużo, to nikt nikomu nie deptał po piętach. Naprawdę, naszym zachwytom nie było końca, ale ostatecznie było już po 12, więc chłopcy zdecydowali, że trzeba już ruszać na obiad do Schroniska pod Turbaczem.






Tak się składa, że w Gorcach to nie Turbacz, a leżące kilkadziesiąt metrów niżej schronisko, jest głównym węzłem szlaków i najbardziej zatłoczonym punktem. Tuż po 12 zdążyliśmy zamówić jedzenie po stosunkowo krótkim czasie oczekiwania w kolejce i zająć wygodne miejsca przy oknie (z widokiem na Tatry, oczywiście). Jednak godzinę później tłok zrobił się już dość uporczywy i cieszyłam się, że idziemy dalej.
Po kilku minutach byliśmy już na Turbaczu, a chwilę później szliśmy przez płaty topniejącego śniegu przeplatane polami błota z gliną. Zejście w kierunku Rozdzieli było w takich warunkach naprawdę uciążliwe i widziałam, że większość turystów była nieco zaskoczona warunkami – minęliśmy dosłownie trzy osoby z raczkami, a okazało się, że ich zabranie wcale nie byłoby takim głupim pomysłem. Kolejny kawałek trasy, do Obidowca, jest niemal płaski, ale do Polany Pudziska znowu trzeba schodzić w dół, ale nie ma tam już kosodrzewiny czy małych drzewek, których można się złapać, są za to jary, które zamieniają się miejscami w rynny z błotem. Na szczęście nikt z nas nie skręcił kostki, spędziliśmy jeszcze kilka minut na polanie, żeby nacieszyć się tym pięknym popołudniem i po 16 dotarliśmy do Schroniska PTTK na Starych Wierchach. Jest to małe schronisko, na niecałe 30 osób, z ledwie dwoma stołami przy bufecie, ale odnowione i oferujące naprawdę przyzwoite warunki noclegowe.
Po prysznicu i kolacji zasnęliśmy jak zabici, a następnego dnia wstaliśmy w miarę wcześnie, choć czekało nas już tylko zejście do Nowego Targu. Nie jest to skomplikowana trasa, ale nie ma też prostego profilu – najpierw trzeba zejść do Obidowej, żeby potem wspiąć się na Bukowinę Obidowską i dopiero stamtąd zejść do Kowańca (właściwie to pewnie można próbować polować na autobusy z Obidowej, ale z Kowańca jest ich więcej).


O ile na kawałeczku między Obidową a Starymi Wierchami mijaliśmy wielu turystów (w Obidowej jest spory parking, więc wiele osób stamtąd startuje), to na dalszej trasie nie spotkaliśmy po prostu nikogo. Szliśmy spokojnie przez piękny las, z Kotlarki i Polany Bernadowej rzuciliśmy ostatnie spojrzenia na Tatry. I byłoby zupełnie sielankowo gdyby nie… motory i samochody. Część z was pomyśli pewnie – zaraz, zaraz, czy w Gorcach nie ma Gorczańskiego Parku Narodowego? Ano jest, ale nie obejmuje on większej części południowych stoków głównej grani Gorców:

Ten trójkąt między Obidową, Łopuszną a Nowym Targiem z roku na rok robi się coraz bardziej zurbanizowany. Jest tam naprawdę dużo prywatnych działek, ogrodzonych, ze znakami zakazu wstępu. Co więcej, ludzie dojeżdżają tam samochodami terenowymi i motorami. A używają w tym celu dróg leśnych, czasem również tych, po których prowadzą szlaki piesze. Spotkaliśmy się z tym już podczas naszego ostatniego pobytu w Gorcach, nie inaczej było tym razem. Problem w tym, że wiele szlaków biegnie głębokimi jarami, takimi, z których ja miałabym problem wyjść samodzielnie (o chłopcach nie wspomnę). Jakąś metodą jest chodzenie „górą”, wydeptaną ścieżką między drzewami, ale jest to nieco stresujące.
Niemniej, udało się nam bezpiecznie zejść do przystanku autobusowego w Kowańcu, skąd złapaliśmy autobus na dworzec autobusowy, a stamtąd autokar do Warszawy. I zgodnie stwierdzamy, że był to jeden z naszych najlepszych wypadów w ostatnich miesiącach. Piękna pogoda, widokowe postoje co pół godziny i krokusy po horyzont – idealny wiosenny kierunek.