Boston. Dzień 0/1

W momencie publikacji tego posta na wschodnim wybrzeżu Stanów jest ledwo 4 nad ranem, a ja powinnam jeszcze spać, żeby zniwelować jet lag i wypocząć przed pierwszym dniem warsztatów.

Jednak najprawdopodobniej przekręcam się już z boku na bok i za chwilę wstanę. A zaraz po 8-godzinnym dniu nauki wrócę do mieszkania i pewnie od razu padnę na twarz, epicko kończąc pierwszy pełen dzień na innym kontynencie… 😉

Wylądowałam wczoraj o 19:10 czasu miejscowego, w Polsce było wtedy tuż po 1 w nocy. Mimo to była to chyba najlepsza opcja, bo mój organizm zaliczył po prostu pobudkę w normalnym czasie przeznaczonym na sen i dzięki temu mogłam pospać rano nieco dłużej, czyli dociągnąć swój zegar biologiczny do miejscowego poranka.

Nie planuję na dziś żadnego zwiedzania, potrzebuję jeszcze czasu, żeby przystosować się do nowego otoczenia i nowego czasu lokalnego. Chcę jednak zostawić tutaj kilka słów wstępu.

Boston jest, jak na Stany, dość mały. Mieszka w nim ok. 645 tys. ludzi, co plasuje je pomiędzy naszą Łodzią a Wrocławiem, ale w USA jest na 21. miejscu pod względem liczby mieszkańców. Jest to stolica stanu Massachusetts i jest jednym z ciekawszych miast Stanów Zjednoczonych. Ja znałam to miasto przede wszystkim z dwóch powodów.

Po pierwsze, wielu określa je mianem „kolebki amerykańskiej historii” czy „kolebki Stanów Zjednoczonych”, bo jego historia sięga XVII wieku. Ja wiem, w tym momencie typowy Europejczyk prycha z pogardą, ale jak na Stany to faktycznie stare miasto. To właśnie tutaj na pokładzie statku Mayflower przybyła grupa pierwszych protestanckich osadników i to tutaj koloniści zrzucili do morza ładunek herbaty z angielskiego statku – co przeszło do historii pod nazwą „bostońska herbatka”. O obu tych wydarzeniach czytałam w szkole w podręczniku historii.

Po drugie, to w Bostonie mieszczą się dwie uczelnie o światowej renomie, jedna z nich należąca do słynnej Ligii Bluszczowej, uczelnie, których nikomu nie trzeba przedstawiać – Uniwersytet Harvarda, którego historia sięga historii pierwszych osadników brytyjskich na wschodnim wybrzeżu, oraz o dwie dekady młodszy MIT.

Podczas mojego krótkiego pobytu w Bostonie będę się skupiać właśnie na tych dwóch aspektach miasta. I mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć kilka ciekawych miejsc.

PS. Trzymajcie kciuki, żebym nie zasnęła na dzisiejszych zajęciach!

Aktualizacja: na zajęciach nie zasnęłam, miałam nawet siły pójść na zakupy i załapałam się oberwanie chmury 5 sekund przed dojściem na przystanek. Wystarczyło, żebym była całkiem przemoczona…

Koszty:

  • przejściówka (były tylko uniwersalne, stąd cena): 21.24$
  • miejski bilet tygodniowy: 22.50$
  • obiad (super wypasione burito): 10.64$
  • zakupy spożywcze: 8.33$

Uwaga – w większości miejsc ceny podawane są bez podatku VAT, więc może was zdziwić nieco wyższy niż oczekiwany rachunek przy kasie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s