Tatry. Kurs zimowy.

Nowy rok zaczynamy od czegoś, na co czekaliśmy już od kilku lat. Jedziemy w Tatry na kurs zimowy!

Z różnych powodów wybraliśmy kurs realizowany przez Polski Związek Alpinizmu w ich Centralnym Ośrodku Szkolenia „Betlejemka”, w Tatrach, na Hali Gąsienicowej, tuż obok powszechnie znanego Murowańca. Sam kurs trwa cztery dni, od czwartku do niedzieli, ale my spędzimy w górach odrobinę więcej czasu.

Logistyka wyjazdu

Mówiąc krótko – zaczynamy dużo wcześniej. Po pierwsze, zabraliśmy Zyzia z przedszkola już tydzień wcześniej, żeby uniknąć kwarantanny (na której Zyzio przebywał 3 razy w październiku, listopadzie i grudniu…). Zyzio spędził ten tydzień u rodziców Marcina, wrócił do nas przed weekendem, w poniedziałek planowe wizyty u lekarzy, a we wtorek pojechaliśmy do Kościeliska. Dziś dojeżdżają tu moi rodzice, a my uciekamy do Murowańca, w którym spędzimy noc przed rozpoczęciem kursu. Z gór schodzimy w niedzielę, a do domu wracamy w poniedziałek.

Przygotowania

Pierwszym, co przychodzi do głowy, jest sprzęt. Na stronie kursu znajduje się cała lista ekwipunku obowiązkowego (bez którego uczestnik zostanie odesłany do domu) oraz ekwipunku opcjonalnego. Ja pokażę, co dokładnie znajduje się w moim plecaku i przy okazji podrzucę kilka wskazówek na łatwiejsze i tańsze kompletowanie takiego wyposażenia.

  1. Ubrania

Podstawa to buty. Moje to Meindl Air Revolution 9.0, wysokie, ze sztywną podeszwą, przystosowane do raków półautomatycznych, z membraną GTX. Kupiłam je używane, na OLXie, i zapłaciłam połowę tego, ile kosztują nowe buty tego typu. Zdecydowałam się na taki zakup, bo na zwykłe wyjazdy górskie również noszę Meindle, więc wiedziałam, jakiego rozmiaru szukam, jeśli chodzi o tę firmę. Z racji doświadczenia (pracowałam swego czasu z sklepie z odzieżą turystyczną) wiedziałam też, w jakie inne marki mogę celować, a które lepiej omijać przy moim typie stóp. Niestety, jeśli ktoś kupuje pierwsze buty trekkingowe, to powinien raczej udać się do sklepu i spędzić tam kilka godzin (tak, godzin!) próbując różne marki i modele, żeby mieć pojęcie o tym, jak układają się na jego stopie.

Skarpety to cztery grube pay trekkingowe kupione przy różnych okazjach plus jedna bawełniana, którą dostałam na święta. Ta jedna para będzie mi służyć jako zapas. Majtki 2x wełna merino + 1x syntetyk. Staniki to syntetyki. Jedna para majtek kupiona na wyprzedaży w sklepie internetowym, cała reszta używana (OLX/second hand).

„Doły” ustawione z kolejności od najbardziej wewnętrznej do najbardziej zewnętrznej warstwy:

  • legginsy kupione jakieś 9 lat temu dla mojej siostry, wróciły do mnie kilka lat temu; są już mocno zużyte, chyba będę ich używać do spania,
  • legginsy z second hand, w świetnym stanie, z nieco grubszego materiału,
  • spodnie biegowe/biegówkowe podszyte polarem, elastyczne, kupione w second handzie 6 lat temu,
  • spodnie softshell podszyte polarem, ciepłe i nieco elastyczne, pokryte warstwą hydrofobową, kupione w Decathlonie – dopiero podczas tego wypadu je przetestuję,
  • spodnie wodoodporne, cienkie i lekkie, kupione w Decathlonie (to akurat jest model w wersji męskiej, w dziale damskim nie było tego typu, a nie chciałam szukać wersji damskiej w innych sklepach – szkoda życia).

„Góry” w podobnej jak wyżej kolejności:

  • koszulka merino, kupiona jakieś 4 lata temu na wyprzedaży w sklepie internetowym,
  • koszulka „sportowa” kupiona w hipermarkecie jakieś 5 lat temu, ciepła nie utrzymuje, raczej będzie do spania,
  • koszulka merino, kupiona jakieś 9 lat temu,
  • koszulka termiczna z długim rękawem, kupiona jakieś 9 lat temu,
  • koszulka merino z długim rękawem, prezent,
  • koszula flanelowa, uszyta jakieś 3 lata temu,
  • bluza polarstretch kupiona jakieś 6 lat temu,
  • kurtka wodoodporna z membraną GTX Pro; to najdroższy element mojego wyposażenia, nawet gdybym kupowała nowe buty, to nie kosztowałyby tyle, co kurtka. Przymierzałam się do jej zakupu mniej więcej od 9 lat, zastąpi nieżywego już PreCipa (inna membrana, mniej odporna na uszkodzenia mechaniczne), który zresztą służył mi 5 czy 6 lat.

Po namyśle i analizie prognozy pogody zabrałam też kurtkę puchową – kupiłam ją 10 lat temu za 50 zł w second handzie na Mirowie, od tego czasu używam jej przez ok. 4 miesiące w roku (z przerwą w sezonie 2019/2020 – brzuch ciążowy się nie mieścił). Nie ma sportowego kroju, ale ma dobrej jakości wypełnienie z puchu gęsiego i na pewno przyda się na najzimniejsze dni.

Jeśli chodzi o akcesoria, to zacznę od rękawiczek. Mam ich najwięcej, bo aż pięć par. Każda zapewnia inny komfort cieplny i w zależności od potrzeb mogę używać od 1 do 3 par jednocześnie, w różnych konfiguracjach. Od lewej:

  • zwykłe cienki akrylowe rękawiczki, mało ciepła, można ich używać jako wkładkę pod warstwę z membraną (fun fact – rękawiczki te kupiłam dla mojego 4-letniego dziecka, ale idealnie pasują na mnie…),
  • cienkie rękawiczki polarowe; kupione w GoSport,
  • rękawiczki softshellowe, czyli chroniące przed wiatrem, ale nie wodą; kupione dawno temu w jakimś sklepie internetowym,
  • grube ciepłe rękawice; kupione w GoSport,
  • cienkie rękawiczki z membraną wodoodporną (fun fact – Marcin używa takich samych w rozmiarze XL i ledwo może je wcisnąć na swoje grube rękawice, ja używam rozmiaru XS i wciąż są za duże po nałożeniu na moje grube rękawice…).

Na koniec ciepła czapka podszyta polarem (kupiona 4 lata temu w InterSporcie), buffy (mają już po 10 lat) oraz kominiarka ocieplana Thinsulatem (nawet nie wiem, skąd się wzięła w naszym domu…).

2. Jedzenie.

Wyjazdowy standard. Kubek i termos (pożyczony), łyżka do zup/owsianek/kisieli/budyniów itp., nóż do smarowania chleba kremem czekoladowym/masłem orzechowym (domowej roboty). Oprócz tego batony muesli i proteinowe oraz suszone owoce. Kawa, herbata oraz – nasze widzimisie – składany lejek i filtry (żeby nie pić kawy rozpuszczalnej 😛 ).

3. Inne

Do tego przydają się kije (my mamy składane Vango, są z nami już 7 lat, sporo przeszły, wymienialiśmy tylko groty, sprawują się świetnie) z zimowymi talerzykami, pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak, stuptuty, gogle i okulary przeciwsłoneczne, raczki (to na wejście pod Murowaniec, wyżej to już raczej raki).

Trzeba też koniecznie pamiętać o czołówce i dobrze wyposażonej apteczce. My oprócz standardowych przeciwbólowców i tabletek na gardło mamy gazę jałową, specjalne plastry na głębokie rozcięcia, plastry z opatrunkiem, plastry na odciski, lekarstwo na zatrucia pokarmowe i na chorobę lokomocyjną oraz koc termiczny.

Do tego doszły jeszcze klapki gumowe, ręcznik, mini kosmetyczka, trochę papieru, ołówek i długopis, ładowarka do telefonu, mapa i kompas oraz mini zestaw naprawczy (trochę nici, igła, guziki, agrafka). Wszystko (10 kilogramów) spakowane w 32-litrowy plecak (na zdjęciu jeszcze bez jedzenia i klapków, więc komin nie jest wypchany):

Kompletowanie sprzętu nie było trudne z kilku powodów. Po pierwsze, cały ekwipunek zbieraliśmy na przestrzeni dekady. Po drugie, jeśli kupujemy nowe rzeczy, to najczęściej wybieramy naprawdę dobrą jakość – płacimy więcej, ale naprawdę długo używamy danego ubrania/sprzętu. Po trzecie, trochę znamy się na markach i na materiałach, więc dość łatwo jest nam upolować okazje w sklepach z odzieżą używaną oraz na OLX czy Vinted. Jeśli wam brakuje doświadczenia, a chcecie zacząć kompletować zestaw na wyjazdy trekkingowe, znajdźcie kogoś, kto się na tym zna – wśród znajomych albo w sklepie (np. w Sklepie Podróżnika na warszawskiej Ochocie).

A co oprócz sprzętu? Zdrowy rozsądek. Jak przed każdym (!) wyjściem w góry trzeba zadbać o to, żeby ktoś był poinformowany, dokąd się wybieramy i jaką trasą idziemy (np. my idziemy czarnym szlakiem z Brzezin do Murowańca – do Murowańca prowadzą jeszcze dwa inne szlaki z okolic Zakopanego, ale są one narażone na lawiny); warto również zainstalować aplikację Ratunek, której możemy użyć do dokładnego zlokalizowania nas przez TOPR, a dodatkowo, jeszcze przed wyjazdem, możemy zapisać w niej podstawowe informacje dot. naszego stanu zdrowia. Koniecznie trzeba sprawdzić godzinę zachodu słońca i wyjść na szlak z odpowiednim zapasem czasu (szczególnie w zimie). No i dostosować się do pogody! My dziś mamy słońce i lekki mróz, więc świetne warunki do wchodzenia. Gorzej może być podczas samego kursu, bo zapowiadają opady śniegu i spory spadek temperatury. Instruktorzy będą na bieżąco decydować o ilości i charakterze czasu spędzonego w terenie.

Jeśli nie możecie wziąć udziału w specjalistycznym kursie, ale chcecie wybrać się zimą w góry (choć niekoniecznie w najwyższe partie), skorzystajcie z bezpłatnych materiałów przygotowanych przez TOPR. Zawsze spróbujcie się najpierw w warunkach zimowych w niższych pasmach (np. w Gorcach czy Beskidach) oraz w warunkach letnich w tych wyższych (Tatry).

Uff. To by było na wszystko. W przyszłym tygodniu podzielimy się wrażeniami po kursie. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s