Tatry. Wrażenia po kursie zimowym

Najważniejsze – czy było warto? Naszym zdaniem – jak najbardziej.

Po spędzeniu 4 dni na tarzaniu się w śniegu stwierdzam, że zimowa turystyka wysokogórska nie jest dla mnie (choć letnia albo zimowa w niższych pasmach górskich – owszem). Mimo to uważam, że samo doświadczenie było bardzo wartościowe.

Logistyka

W całym kursie brało udział 17 osób (zapisanych było 18, ale jedna nie dotarła). Podzielono nas na 3 grupy, każda pod przewodnictwem jednego z instruktorów: Jarka Liwacza, Mikołaja Bielańskiego oraz Zbyszka Tabaczyńskiego. Każdy z nich specjalizuje się w nieco innej dziedzinie, ale wszyscy posiadają niesamowitą wiedzę w zakresie turystyki wysokogórskiej. My trafiliśmy do Jarka, speca od wspinaczki oraz posiadacza licencji instruktora PZA (osób z taką licencją jest w całej Polsce tylko 55) i to z nim mieliśmy zajęcia praktyczne, ale wieczorami słuchaliśmy również wykładów Mikołaja (narciarza wysokogórskiego) oraz Zbyszka (speleologa). Każdy dzień wyglądał inaczej i każda grupa działa samodzielnie, ale koniec końców wszyscy zrealizowaliśmy ten sam materiał. Oto jak to wyglądało w przypadku naszej grupy.

Kilka słów na marginesie, żeby zrozumieć warunki, w jakich się uczyliśmy. Przez całe cztery dni sypał śnieg, wiał silny wiatr, a temperatura w dzień utrzymywała się na poziomie ok. -11 stopni. Już pierwszego dnia naszego kursu TOPR zmienił stopień zagrożenia lawinowego z 2. na 3. (maksymalny występujący w Polsce to stopień 4.). Nasz instruktor powiedział nam też, że gdyby nie był w pracy, to w życiu by nie wyszedł na zewnątrz w takich warunkach. 🙂

Dzień 1.

Na samym początku zapoznaliśmy się z zasadami pobytu w Betlejemce (oprócz nas była tam też mała grupka ludzi na szkoleniu taternickim) i dostaliśmy podstawowy sprzęt (wypożyczenie w cenie kursu) – lawinowe ABC, raki, czekan oraz kask. Potem spędziliśmy parę godzin omawiając ten właśnie sprzęt i część naszego wyposażenia osobistego, szczególnie buty (kwestia montażu raków) oraz plecaki (kwestia mocowania czekana i pakowania reszty sprzętu). Pierwsze ćwiczenia na zewnątrz trwały ok. 4 godzin i odbywały się w bliskiej odległości od schroniska. Zaczęliśmy od sprawdzenia detektorów lawinowych (robiliśmy to codziennie przed wyjściem w teren), a potem poszliśmy do pobliskiego kotła ćwiczyć hamowanie czekanem w trakcie zjazdu ze stoku. Zajęcia na zewnątrz zakończyliśmy nauką korzystania z detektorów, sondy i łopaty.

Po dwugodzinnej przerwie przyszedł czas na wieczorny wykład na temat lawin. Wg słów Mikołaja ta pogadanka nie miała wyczerpać tematu (od tego są osobne szkolenia), ale uświadomić nam jak wiele jeszcze nie wiemy. Mission accomplished. Lawiny to nie żarty i zdarzają się nie tylko w wysokich partiach Tatr. Mało osób zdaje sobie też sprawę z tego, że tzw. „piękna pogoda” nie jest wyznacznikiem braku zagrożenia. Jeśli przez kilka dni sypał śnieg i wiał wiatr, to pierwszego dnia z czystym niebem i słońcem w TOPRze dyżuruje więcej osób niż zwykle. Dlaczego? Bo świeży śnieg nie zdążył się związać z podłożem i istnieje duże ryzyko lawiny. Ale to nie tylko dlatego te lawiny schodzą. Oczywiście najsłabszym ogniwem w systemie jest człowiek. Wielu w taką piękną pogodę decyduje się na wyjście w wyższe partie gór niż zwykle, nie mając przy tym pojęcia o bezpieczeństwie. Ba, całkiem niedawno spora lawina zeszła na Morskie Oko, jezioro, po którym na co dzień chodzą dziesiątki (jak nie więcej) turystów. TPN podjął nawet decyzję o tymczasowym zamknięciu słynnego asfaltu, który latem aż roi się od ludzi.

Jeśli wam też chodzi po głowie zimowa wycieczka w Tatry, to wpisujcie w Google ‚kurs lawinowy’ i natychmiast się zapisujcie. To wiedza na całe życie, która, nomen omen, może wam to życie uratować. Na koniec filmik, który oglądaliśmy na wykładzie, może da wam do myślenia:

https://www.facebook.com/watch/?v=2884735595075472

Dzień 2.

Kolejny dzień zaczęliśmy od wydania sprzętu do asekuracji i wspinaczkowego wstępu. Uprząż, liny, taśmy, węzły, wszystko czego potrzebowaliśmy na kolejny dzień. Za to w trakcie części praktycznej (oczywiście po sprawdzeniu detektorów lawinowych) wybraliśmy się nad Czarny Staw Gąsienicowy ćwiczyć wchodzenie po lodowej ściance w rakach. Ze względu na zagrożenie lawinowe nasz instruktor próbował przeprowadzić nas drogą przez las, ale trafiliśmy na niezamarznięty i nieprzysypany śniegiem strumyk (na marginesie – wydawało nam się, że śniegu jest mnóstwo, ale tak naprawdę było go raczej mało jak na styczeń), więc musieliśmy jednak wrócić na szlak (zużywszy sporo energii i czasu na nieudane obejście), a na samym Stawie okazało się, że pogoda mocno już się pogorszyła. Z tego powodu ćwiczenia nie trwały długo (z czego naprawdę się cieszyłam), a tuż przed zachodem słońca udało nam się dotrzeć do Murowańca na obiad. Dzień zakończyliśmy wykładem Jarka nt. sprzętu asekuracyjnego. Dla naszej grupy była to w większości powtórka, ale myślę, że dzięki temu naprawdę utrwaliliśmy zdobyte informacje.

Dzień 3.

Ostatni pełny dzień kursu był zdecydowanie najintensywniejszy. W nocy napadało sporo śniegu, a nasza grupa wychodziła w terem tym razem jako pierwsza, w związku z czym przecieraliśmy szlak nad Czarny Staw i później w okolice Zmarzłego Stawu. Marsz był naprawdę dobrą rozgrzewką przed ćwiczeniami z asekuracji lotnej. Nasza grupa podzieliła się na dwa mniejsze zespoły, w których po dwa razy ćwiczyliśmy krótką trasę, zamieniając się rolami. Za pierwszym razem to ja zakładałam punkty asekuracyjne (pomagał mi instruktor, który sam szedł bez asekuracji – dzięki temu wiedziałam, że trasa nie jest wymagająca, niemniej, w kilku miejscach czułam strach), za drugim razem ja punkty zbierałam.

Ostatniego wieczora wykład prowadził Zbyszek, a mówiliśmy o mapach, używaniu kompasu, GPSa, altimetra oraz planowaniu trasy. Wydaje mi się, że większość z tych tematów była nam już dobrze znana – od lat chodzimy po górach z mapami i porównujemy rzeczywistość z zapisem kartograficznym, poza tym ja przez dwa lata biegałam w na orientację (uczestniczyłam również w zawodach) i zdawałam na maturze rozszerzoną geografię. Mapy są moim konikiem i mam ich całkiem sporo w domu. 🙂

To co zapadło mi w pamięć, to fakt, że, niestety, przy złych warunkach pogodowych nawet najbardziej doświadczeni i świetnie znający teren ratownicy nie mają szans iść w odpowiednim kierunku, bo wszechobecna szarość (np. podczas mgły czy zadymki) kompletnie rujnuje działanie błędnika. Nie można wtedy liczyć nawet na GPSa, ponieważ podaje on lokalizację z pewną dokładnością i może poprowadzić przez teren, którego nie da się (łatwo lub w ogóle) przejść.

Akurat tego dnia, kiedy słuchaliśmy wykładu Zbyszka, zakończyła się wielogodzinna akcja ratunkowa w rejonie Czerwonych Wierchów – akurat w tej część Tatr brakuje punktów charakterystycznych, których można używać do orientacji w terenie, i jest tam wyjątkowo łatwo o zgubienie drogi, szczególnie przy zapadającym zmroku i pogarszających się warunkach pogodowych. Absolutnie nie można liczyć na to, że w razie problemów, znajdą nas TOPRowcy. Warunki mogą im na to nie pozwolić, nawet jeśli są światowej klasy specjalistami. Takie historie zdarzają się w Tatrach każdego tygodnia. Polecam lekturę Kronik TOPRu (https://www.topr.pl/, pod monitoringiem pogody).

Dzień 4.

Ostatni dzień spędziliśmy w całości na zewnątrz. Rzut beretem od Betlejemki ćwiczyliśmy budowanie punktów asekuracyjnych oraz stanowisk zjazdowych w śniegu. Czuć było już wyraźne rozluźnienie i mimo zmęczenia zaczęłam żałować, że to już koniec. Ok. 13 wróciliśmy do bazy, zdaliśmy sprzęt, dostaliśmy dyplomy, udało nam się jeszcze wpaść na szybki obiad do Murowańca i o 16:30 byliśmy już na parkingu w Brzezinach.

Cały kurs był wyjątkowym doświadczeniem, ale akurat mnie (póki co) odstraszył od zimowych wędrówek w wysokich górach. Owszem, Tatry zimą potrafią być piękne, ale jednak taki typ turystyki jest dla mnie zbyt stresujący. Wolę wędrować szlakami bez ciągłego analizowania czynników ryzyka i potencjalnego zagrożenia (ja wiem, że niektórzy robią to i w Tatrach Wysokich, ale mnie wciąż zależy na życiu). Jestem też dumna, że wytrzymałam cztery dni ciągłego zmagania ze śniegiem, z pogodą i z własnymi słabościami (a przy okazji podbudowałam swoje ego, bo nie byłam najsłabsza w grupie 😛 ).

Zdecydowanie polecam taki kurs każdemu, kto chce chodzić zimą po górach (szczególnie wysokich) oraz tym, którzy chcieliby sprawdzić swoją wytrzymałość (dobre cardio gwarantowane). Nie pożałujecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s