Berlin na majówkę

W tę majówkę po raz pierwszy od grudnia 2019 wybraliśmy się za granicę i, co ciekawe, wróciliśmy do miejsca, które odwiedzaliśmy właśnie jako ostatnie, czyli do Berlina.

Dla mnie to był już piąty, a dla Marcina trzeci raz w tym mieście i z racji tego, że zwiedziliśmy już większość oczywistych atrakcji turystycznych, postanowiliśmy odkryć dla siebie nieco bardziej odległe od centrum zakątki miasta.

  • Muzeum Rzemiosła Artystycznego. No dobra, to nie jest daleko od centrum, przespacerowaliśmy się tam z dworca głównego. Ale piszę o tym miejscu, bo jest mocno niedoceniane. Ba, kiedy podeszliśmy do kasy kupić bilety, pani upewniała się, że to właśnie TUTAJ chcemy spędzić kolejnych parę godzin, a nie w innym z muzeów Kulturforum, i powiedziała nam, że często ludzie trafiają tu przez pomyłkę… A szkoda, bo Kunstgewerbemuseum jest naprawdę ciekawe. Oczywiście najwięcej jest tutaj obiektów związanych z jedzeniem (wszelka ceramika i szkło) i, choć stanowią one świetny przekrój przez style artystyczne (ach, te wazony z okresu Art Deco), to moim zdaniem najpiękniejsze są meble, szczególnie kolekcja krzeseł.
    Korzystając z darmowej niedzieli zajrzeliśmy jeszcze do innego muzeum w centrum – Neues Museum. Tutaj już przed otwarciem ustawiła się kolejka chętnych do zwiedzania i w środku naprawdę szybko zrobiło się tłoczno, ale nie bez powodu. Neues Museum przejęło zbiory, m.in. dawnego Muzeum Sztuki Egipskiej i to one są główną atrakcją tego przybytku. Poza tym, w darmową niedzielę na niektórych wystawach można spotkać pracowników muzeum, którzy proponują kilkuminutowe oprowadzanie. My trafiliśmy na ekspertkę od papirusów i spędziliśmy z nią jakieś 20 minut, pytając o masę rzeczy. Gorąco polecamy to miejsce!
  • Pchli targ przy Ratuszu Schöneberg. Mydło i powidło, dosłownie. Najciekawsza rzecz, jaką widziałam, to nieotwarte puszki Coca-Coli z datą ważności do… 1995 roku! My kupiliśmy obuwie (białe conversy dla mnie i żółte kalosze dziecięce), narzędzia (punktak i ręczną miniwiertarkę) i mały aparat fotograficzny. Marcin, fanatyk targowania się, miał używanie; ja też spróbowałam i utargowałam… 50 eurocentów. Pani chyba czuła, że nie lubię tego robić. 🙂
  • Modernistyczne osiedla mieszkaniowe. Jest to jeden z nowszych wpisów UNESCO z Niemiec i najnowszy z Berlina. Jako fanka modernizmu (szczególnie z okresu dwudziestolecia międzywojennego) koniecznie chciałam zobaczyć przynajmniej niektóre z tych sześciu osiedli. Zainwestowaliśmy więc w bilety 24-godzinne i wybraliśmy się w dwa miejsca:
    • Miasto ogród Falkenberg. To nie jest ten wielkomiejski modernizm, który kojarzymy z białymi kamienicami Warszawy czy Gdyni, o nie. Wysiedliśmy na stacji kolejowej zupełnie na obrzeżach miasta* (widzieliśmy znak ‚Witamy w Berlinie’ tuż przed stacją) i przeszliśmy przez spokojny park do malutkiego zielonego osiedla z kolorowymi domkami z ogródkami. Sielskości dodawała ulica wybrukowana kocimi łbami oraz przepiękny szpaler starych drzew.
    • Wielki zespół mieszkaniowy Siemensstadt. Zaprojektowany przez kilku projektantów i przez to dość różnorodny. Jest trochę „białej klasyki” i motywów marynistycznych. Są wysokie budynki z ogrodzonym wewnętrznym ogrodem. Są urocze 3-4 piętrowce z półokrągłymi balkonami i drzewami owocowymi w ogólnodostępnych przestrzeniach pomiędzy budynkami. I są… króliki. Widzieliśmy pewnie z setkę. Kicają wszędzie po tym osiedlu. Koty polują na ich młode (niestety byliśmy świadkami). Niesamowite miejsce.
  • Teufelsberg. Największe i najmilsze zaskoczenie dnia. Spodziewaliśmy się świetnych widoków na miasto, ale nie takiej ilości street artu (czy można tak mówić o sztuce w zamkniętej biletowanej przestrzeni? Tak czy inaczej, mnóstwo murali). Położone w ogromnym parku wzgórze powstało na ruinach uniwersytetu technicznego, a w trakcie zimnej wojny działały tam radary sił zachodnich. Dziś po radarach zostały tylko futurystyczne kuliste konstrukcje.
    Mówiąc szczerze, nie sprawdziliśmy tego miejsca dostatecznie dokładnie przed przyjazdem. Myśleliśmy, że to porzucony kompleks, do którego można wejść przez dziurę w płocie, ale na miejscu czekała budka z opłatami (8 euro/os), budka z napojami, muzyka, galeria sztuki oraz galeria murali. No i całkiem sporo osób, ale Teufelsberg jest na tyle rozległe, że nie było mowy o tłoku. Dotarliśmy tam w sam raz na złotą godzinę i to była zdecydowanie najlepsza pora na wizytę.
  • Berlinische Galerie. Muzeum jest podzielone na dwie zasadnicze części – parter na wystawy czasowe oraz piętro na wystawy stałe. My trafiliśmy na świetną wystawę „Obraz mody”, która ciekawie pokazuje zmiany w modzie z dekady na dekadę, ale też opisuje ich kontekst historyczny i społeczny. Na wystawie o modzie nie da się uniknąć też fotografii – dla mnie ciekawe było wyjaśnienie, skąd w ogóle wzięło się zapotrzebowanie na fotografię mody i jak zmieniał się profil modelki do tego typu fotografii. W wystawie stałej spodziewałam się nieco więcej przestrzeni poświęconej architekturze i architekturze wnętrz, ale nie zawiodłam się na malarstwie i fotografii. Warto dodać też, że Galeria jest położona w dzielnicy Kreuzberg, która sama w sobie jest miejscem idealnym do spacerów i warto spędzić pół godziny szwendając się po prostu w okolicy.
  • Tempodrom, czyli jedna z licznych instamiejscówek Berlina. Tempodrom to po prostu hala sportowo-widowiskowa, ale jej dynamiczna bryła ściąga turystów szukających miejsc na oryginalne zdjęcia. 😉 To, co mnie najbardziej zafascynowało, to otoczenie hali. Z jednej strony jest to park z pozostałościami konstrukcji, które przypominały nam perony. I mieliśmy rację, po drugiej stronie hali stoi kawałek portalu wejściowego, pozostałość po gigantycznym Anhalter Bahnhof, który stał tam do 1960 roku. Na starych zdjęciach widać rozmiar tego dworca, ale najlepiej rozumie się ten ogrom spacerując od Hallesches Ufer do Askanischer Platz.
  • Klunkerkranich, czyli bar na dachu galerii handlowej. Przyszliśmy tam jakieś pół godziny po otwarciu i prawie wszystkie miejsca były zajęte. Za to kiedy wychodziliśmy o 20, kolejki były już dwie – jedna przy budce z biletami (8 euro/os) oraz nieco niżej, przy bramie na poziomie parkingu. Wsiadając do windy mijaliśmy sporą grupkę, która na pewno zasiliła wspomnianą kolejkę… I nie dziwi nas to. Klunkerkranich jest nieco oddalony od centrum, ale wciąż oferuje piękny widok na Berlin, w dodatku przy fajnej muzyce i niezłym jedzeniu (na które niestety trzeba dość długo czekać).

BONUS – kilka berlińskich miejscówek idealnych dla rodzin z małymi dziećmi

Spacerując po Berlinie myśleliśmy wielokrotnie: tutaj fajnie byłoby wrócić z chłopcami! Wstawiam tutaj listę lokalizacji, które przykuły naszą uwagę:

  1. Tiergarten – oczywista oczywistość, każdy zna ten park, a jego urok polega właśnie na tym, że jest tak blisko wszystkiego i że jest taki różnorodny. Znajdziecie tam zarówno utwardzone równe alejki, jak i leśne dróżki.
  2. Siemesstadt – zabawa w chowanego z królikami na pewno spodoba się każdemu kilkulatkowi.
  3. Drachenberg – świetna miejscówka do puszczania latawców, a nieco mniej oblegana niż słynny Tempelhof.
  4. Plac zabaw w pobliżu Berlinische Galerie – małe urocze miejsce schowane między nowymi blokami, zacienione, idealne na gorący dzień.
  5. Plac zabaw w Parku Mendelssohna-Bartholdy’ego – malutki placyk otoczony kwitnącymi drzewkami, spokojne miejsce na Kreuzbergu.

KOSZTY – krótkie podsumowanie

W Berlinie byliśmy 5 dni i 4 noce. W sumie wydaliśmy 2861 zł, czyli 286 zł za osobodzień. W całej kwocie zmieściły się następujące elementy:

  • 1024 zł za nocleg w najtańszym hostelu w miarę blisko centrum. Nie było najgorzej, ale żałuję, że pożałowałam pieniędzy na jakąś lepszą opcję,
  • 350 zł za bilety Poznań-Berlin-Poznań w pociągu Intercity,
  • 293 euro na wydatki na miejscu, m.in. wejściówki do muzeów, transport publiczny, zakupy spożywcze, pocztówki

Zakładaliśmy, że zmieścimy się w 2 tys. i na pewno dałoby się to zrobić rezygnując z wielu atrakcji, szczególnie że pogoda sprzyjała spacerom (dziennie robiliśmy 19-23 tys. kroków 😉 ). Jednak bardzo cieszymy się z wyboru dobowych biletów na dwa dni z pięciu czy z opłaty wstępu w kilku miejscach – warto było ponieść te wydatki, bo wrażenia i wspomnienia zostaną z nami na długo.

* mit niemieckiego porządku, albo transport publiczny w Berlinie. Po pierwsze primo, pociąg do Berlina przyjechał z opóźnieniem. Półgodzinnym. Na inną stację, niż na bilecie, bo są remonty i trzeba dzień wcześniej sobie sprawdzić, czy pociąg dojedzie łaskawie na Gesundbrunnen czy na Hauptbahnhoff. Po drugie primo, pół miasta jest rozkopana i wszędzie są jakieś tablice zwiastujące zmiany w rozkładzie. Przy wejściu na peron informacja – pociąg X odjeżdża z tego peronu. Na peronie na tablicy informacja – pociąg X odjeżdża NIE z tego peronu, tylko z peronu obok. Wszyscy byli mocno skonfundowani. Kiedy autobus na jedną ze stacji S-Bahn dojechał do końca trasy minęło dobre 10 sekund, zanim ktokolwiek zorientował się, że to już, że trasa się zmieniła. Absolutny chaos. No serio, skąd ludzie biorą ten „niemiecki” porządek?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s