Raz na 2-3 lata wybieramy się z Marcinem na nieco dłuższą górską wędrówkę, nie weekendową, a tygodniową (lub prawie tygodniową), często z namiotem.
W 2015 byliśmy w Norwegii, w Parku Narodowym Jotunheimen. W 2016 na Korsyce, na północnej części słynnego GR20. Potem mieliśmy przerwę (po ciążach potrzebowałam czasu na dojście do siebie, a poza tym chłopcy musieli dorosnąć do dłuższej rozłąki), a w 2023 wybraliśmy się do Szkocji, na Skye Trail (i przy okazji na Ben Nevis). W tym roku przypadła moja kolej na wybór naszego celu i zdecydowałam się na jedno z najmniejszych państw Europy – Andorę.



Andora – a co to takiego?
Jeszcze zanim przejdę do samych przygotowań do wyjazdu, chcę poświęcić kilka chwil samej Andorze. Bo, nie wiem, jak wy, ale ja do tej pory widziałam na jej temat bardzo mało. Wiedziałam, że jest taki kraj, jak nazywa się jego stolica i gdzie leży.A w którymś numerze Travellera wyczytałam że to popularny kierunek narciarski. Na tym moja wiedza się kończyła. A myślę, że większość z was zdziwi kilka podstawowych faktów o tym maleńkim państwie. Mimo, że jego powierzchnia jest mniejsza niż powierzchnia Warszawy, to jego historia sięga XIII wieku i był dość burzliwa. I mimo że w 1993 przyjęto pierwszą konstytucję Andory, to utrzymał się tam system władzy liczący 700 lat: władcami kraju są dwaj współksiążęta – francuski (obecnie prezydent Francji) oraz episkopalny (biskup katalońskiej diecezji Urgell). Językiem urzędowym Andory jest kataloński, ale językoznawcy nie są zgodni co do pochodzenia nazwy kraju – jej źródłem może być język nawarski, baskijski, hiszpański, a wg niektórych teorii nawet celtycki. No, i najważniejsze – Andora w całości znajduje się w Pirenejach, najniższy punkt kraju wznosi się na ponad 800 m n.p.m., a najwyższy sięga niemal 3000 m n.p.m.
Grand Randonée
We Francji, Hiszpanii i w kilku innych krajach rozciąga się sieć szlaków długodystansowych – Grand Randonée, w skrócie GR. Oprócz tego istanieją też GRP – Grand Randonée de Pays, czyli pętle obiegający cały region lub nawet kraj.
Andorę przecina GR7 (szlak biegnący z Tarify, w okolicach Gibraltaru, do Mont Aigoual we Francji) oraz GR11, zwana też Transpireneiką, przecina bowiem wzdłuż całe Pireneje (głównie po stronie hiszpańskiej, zahaczając o Francję i o Andorę). Andora ma również swoje GRP – 110-kilometrowy szlak podzielony na 7 etapów, okrążający dosłownie cały kraj. My jednak zdecydowaliśmy się na jego zmodyfikowaną wersję, którą jeszcze dodatkowo zmieniliśmy.
Las Coronallacs
Las Coronallacs czyli alternatywa dla andorskiej GRP liczy niemal 20 kilometrów mniej, ale zaczyna się i kończy w stolicy kraju, a jej pierwszy etap prowadzi wzdłuż GR7 i przebiega przez jedyne andorskie miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO – lodowcową dolinę Madriu-Perafita-Clarol. Las Coronallacs jest podzielone na 5 etapów, więc łatwo wyliczyć, że dziennie pokonuje się więcej kilometrów, ale jest to uzasadnione tym, że każdy z etapów kończy się w schronisku obsługiwanym (z wyjątkiem ostatniego etapu, który kończy się w stolicy). Każdy etap to od 12 do 22 kilometrów, podczas których pokonuje się przewyższenia dochodzące do 2 tysięcy metrów. Łącznie do pokonania są 92 kilometry i 6500 metrów przewyższenia (6500 m w górę plus 6500 metrów w dół). Jest to zatem spore wyzwanie i, mówiąc zupełnie szczerze, odrobinę się stresuję. Dla porównania:
- w Norwegii w ciągu 6 dni przeszliśmy ok. 52 kilometrów z przewyższeniem 1600 metrów (1600 metrów w górę plus 1600 metrów w dół, w pętli),
- na Korsyce w ciągu 6 dni (plus jeden dzień postoju przy pierwszym schronisku) przeszliśmy ok. 47 kilometrów z podejściami wynoszącymi niemal 3600 metrów i zejściami 4700 m,
- w Szkocji w ciągu 4 dni pokonaliśmy ok. 55 kilometrów i 2000 metrów przewyższenia.
W każdym razie, nie szliśmy jeszcze tak wymagającą trasą. Z tego oraz z jeszcze jednego powodu zdecydowaliśmy się na małą modyfikację i nasza planowana trasa jest inna niż klasyczne Las Coronallacs. Póki co, są to tylko plany – jeśli uda się je zrealizować, to na pewno napiszę o tym w poście po powrocie z wyjazdu.
Przygotowania
Transport
Wbrew pozorom transport do Andory nie jest zbyt skomplikowany. Najprościej jest dolecieć do Barcelony, a z tamtejszego lotniska niemal co godzinę odjeżdżają autobusy do stolicy kraju. Podróż z Warszawy do Barcelony trwa 3 godziny, z Barcelony do Andory la Velli też trzy, więc w łącznie ok. 8 godzin (wliczając w to czas oczekiwania na samolot na lotnisku) można bez problemu dostać się w Pireneje.
Nocleg
W Andora la Vella jest oczywiście rozbudowana baza noclegowa, natomiast na szlaku tych miejsc do spanie jest zdecydowanie mniej. W schroniskach obsługiwanych można (a nawet trzeba) rezerwować noclegi dużo wcześniej. To też zrobiliśmy, a mimo to w pierwszym na trasie, l’Illa miejsc już nie było. Ale raczej się tym nie martwimy, bo na trasie Las Coronallacs jest łącznie 12 schronisk, każde z nich oddalone o 1-4 godziny marszu od siebie:
Większość z tych schronisk nie jest obsługiwana i są to po prostu (najczęściej) kamienne budynki z kominkiem, źródłem wody pitnej w pobliżu i metalowymi łóżkami piętrowymi w środku. Można tam spać za darmo, ale trzeba mieć matę lub karimatę, śpiwór, warto również wziąć ze sobą sprzęt do gotowania (kuchenka plus garnek/metalowy kubek). W dodatku schronisko l’Illa jest schroniskiem „podwójnym” – w kamiennej podmurówce jest bezpłatny bunkier, w którym można nocować, natomiast w głównej, górnej części budynku znajduje się zwyczajne schronisko. Dodatkowo, szukając informacji w internecie dowiedzieliśmy się, że (poza rezerwatami przyrody) można spać w namiocie w pobliżu schroniska, jeśli nie ma w nim miejsca.
My postanowiliśmy ostatecznie zrezygnować z zabierania namiotu, a na pierwszy nocleg po prostu zaryzykować l’Illa – w najlepszym przypadku trafimy na miejsce w górnej części (jeśli coś nieoczekiwanie się zwolni), jeśli będziemy mieć nieco mniej szczęścia, trafimy do bezpłatnego bunkra, a w najgorszym przypadku będziemy musieli pierwszego dnia iść o kilka godzin dłużej, niż wstępnie planowaliśmy.
Sprzęt
Jak zwykle staramy się ograniczyć do niezbędnego minimum, ale jednocześnie pozwalamy sobie na kilka przedmiotów, które mogą się wydawać zbędne, ale znacznie poprawiają nasz komfort podróży.
Po pierwsze, plecak. Minęło już tyle lat, a ja wciąż nie mam plecaka większego niż 40 litrów (tak, tak, szewc bez butów chodzi). W Norwegii używałam 40-stki, do której musiałam przytraczać sporo rzeczy po bokach i u góry i nie było to optymalne rozwiązanie, szczególnie że przytroczone elementy blokowały dostęp do niektórych suwaków. Na Korsyce miałam pożyczony plecak 50-litrowy (dzięki, Aldo!), który był już lepszym rozwiązaniem. Za to do Szkocji pożyczyłam plecak 65-litrowy (dzięki, Vitalij!) i miałam wrażenie, że w takiej pojemności naprawdę mogłam wszystko ułożyć tak, jak chciałam.
(Zdjęcia tych plecaków możecie zobaczyć w galerii na początku tego wpisu.)
Tak jak wspomniałam, w mojej szafie wciąż brakuje pojemnego plecaka na kilkudniowe wędrówki, więc znów musiałam takowy pożyczyć (dzięki, Ania!). Tym razem padło na 60-litrowego Forclaza z Quechuy.



A do środka lecą następujące przedmioty:
- mata samopompująca 3/4 (również pożyczka od Aldo) – mała, kompaktowa, nie wystarcza na całą długość ciała, ale i tak biorę kolejny element –>
- mini mata (na zdjęciu schowała się pod workiem z matą) – składana w harmonijkę mata, której używam na trasie na postojach, na noclegu będzie idealnym uzupełnieniem krótkiej maty samopompującej,
- śpiwór – od kilku lat używam (choć sporadycznie) Makalu Light z Simonda; jest to śpiwór puchowy o komforcie cieplnym -5 stopni Celsjusza (nieco za ciepły na lato, ale w razie czego mogę go użyć jako kołdry), waży 1160 gramów i po kompresji zajmuje ok. 10 litrów objętości (dla porównania mój poprzedni śpiwór syntetyczny był kilkaset gramów cięższy, nie dało się go skompresować do takich rozmiarów, a jego komfort cieplny był na poziomie +5 stopni Celsjusza); śpiwór upolowałam na OLX za połowę ceny sklepowej (w stanie idealnym),
- kije trekkingowe – bardzo wysłużona para (to chyba model Pico, ale były tak dawno kupowane, że ani nie widać nazwy na kijach, ani ja jej nie pamiętam), ale są składane i wystarczająco lekkie,
- mapy – mapę Andory mam w aplikacji mapy.com, ale zawsze trzeba mieć ze sobą również wersję papierową; jej minusem jest przede wszystkim cena, bo takie mapy są mało popularne, w dodatku nie wszędzie są dostępne, ale jeśli potrzebujecie jakiejś „dziwnej” mapy, to najszybciej dostaniecie ją w Sklepie Podróżnika,
- powerbank + ładowarka (której do zdjęcia akurat nie dorzuciłam) – co tu dużo mówić, telefon jest niezbędny, a dostęp do prądu w gniazdku podczas takiej wędrówki będzie ograniczony, trzeba mieć zewnętrzną baterię,
- telefon – przede wszystkim do wezwania pomocy w razie potrzeby, ale poza tym mam tam aplikację mapy.com oraz ściągniętą mapę Andory (w mapy.com można za darmo ściągnąć mapę jednego kraju na rok),
- okulary przeciwsłoneczne,
- portfel z gotówką (lokalna waluta to euro),
- worko-plecak – przede wszystkim jako pojemnik na bagaż podręczny do samolotu oraz na spacery po mieście, przyda się również do segregowania rzeczy w plecaku.
Oprócz tego Marcin zabiera multitoola z Leathermana (u nas najczęściej przydają się kombinerki i taki model polecamy). Bierzemy też mini zestawy naprawcze (kawałek tekturki, na który nawinięte są nici w kilku kolorach, do tego guzik lub dwa i igła lub dwie).
Ubrania
Tutaj również idziemy w minimalizm, szczególnie jeśli chodzi o ubrania „cywilne” (czyli nie typowo outdoorowe).


Z ubrań „cywilnych”:
- spódnica – jedna, będzie na dwie doby, które spędzimy w miastach, poza szlakami,
- dwie czarne koszulki,
- dwie pary majtek,
- sandały Teva Hurricane – super na miasto, ale to model trekkingowy, więc w awaryjnych sytuacjach można ich użyć też na szlaku (choć oczywiście nie na każdym)
- zwykła saszetka do zapakowania czystych ubrań
Na szlak:
- buty trekkingowe (upolowane na OLX w stanie idealnym) – od dawna jestem wierna Meindlom, to trzeci model, którego używam (zdaje się, że to Nebraska, z membraną GTX); wiem, że jest lato i w Pirenejach zimno nie będzie, ale niestety mam kostki podatne na skręcenia, więc zawsze chodzę w butach za kostkę, szczególnie kiedy mam do pokonania dłuższy dystans, dodatkowo z cięższym plecakiem,
- spodnie trekkingowe długie + krótkie (obie pary pochodzą ze sklepów z odzieżą używaną),
- 2x majtki merino + 1x majtki syntetyczne,
- 1x stanik merino + 1x stanik syntetyczny (lumpek),
- 2x koszulka merino (jedna upolowana na Vinted) + 1x koszulka syntetyczna,
- komplet do spania: koszulka bawełniana (Dzielnia Saska w Warszawie) + wiskozowe spodenki (lumpek),
- koszulka merino z długim rękawem (Vinted),
- 2x komin syntetyczny,
- 3x skarpety merino+syntetyk,
- kurtka przeciwdeszczowa – najdroższy element całego mojego ekwipunku, kupowałam ją już jakieś 6 lat temu, zależało mi na GoreTex Pro (akurat ta membrana jest najbardziej odporna na uszkodzenia mechaniczne), polowałam na promocje,
- bluza polarowa z Polartech Strech Pro z Alviki, firmy szyjącej naprawdę świetną odzież turystyczną w 100% w Polsce,
- czapka z daszkiem (znaleziona – żadna, którą sobie w przeszłości kupiłam, nie była tak wygodna),
- rękawiczki z membraną wiatroszczelną
Jak łatwo policzyć, będę w trakcie wędrówki robić pranie.
Zaznaczyłam też przypadki, w których ubrania nie pochodzą ze zwykłego sklepu. Nie wiem, jak w innych miastach, ale w Warszawie jest mnóstwo miejscówek, w których można dostać ubrania trekkingowe, z topowych marek, za ułamek ceny sklepowej. Warto szukać i polować na fajne rzeczy.
Jedzenie
Na końcu – jedzenie oraz akcesoria kuchenne.
- 5x owsianka – ja wybieram takie z mlekiem w proszku,
- 3x liofilizowany obiad,
- 2x zwykły obiad w proszku,
- 2x zwykła zupa w proszku,
- 4x mus w tubce,
- mleko zagęszczone w tubce/żelki/batoniki/czekolady,
- woda mineralna,
- worek hydracyjny,
- butelka z filtrem (której akurat nie ma na zdjęciu),
- składana miska z pokrywką,
- kubek metalowy,
- mieszanka herbat w worku strunowym,
- łyżki plastikowe,
- kuchenka nakręcana na butlę z gazem
U Marcina jest jeszcze silikonowy składany lejek + filtry do zaparzania kawy (którą wozimy w plastikowym słoiku – dość już starożytnym, bo używamy go od ponad 10 lat).
Butlę gazową dokupimy w Andorze (nie można jej zabrać do samolotu, nawet w bagażu rejestrowanym). Po drodze będziemy korzystać z bufetów w schroniskach. Pewnie dokupię też kilka słodkich batonów przed wyjściem na szlak.
Odpowiadając na pytanie, które zadał mi kiedyś kolega z kursu przewodnickiego – najprawdopodobniej nie zabieram ze sobą takiej ilości kalorii, żeby uzupełnić moje dzienne zapotrzebowanie przy planowanym wysiłku fizycznym. Nie chodzę po górach głodna, ale po takim kilkudniowym trekkingu zazwyczaj wracam 1-2 kilogramy lżejsza.

Do plecaka Marcina trafia też LifeStraw, czyli bardzo dobry filtr do wody, który filtruje nawet bakterie i pierwotniaki. Można go używać awaryjnie do pobierania wody nawet z jeziora.
Kosmetyczka
Tutaj też zabieram absolutne minimum:
- mydło,
- szampon do włosów,
- grzebień,
- pasta do zębów + szczoteczka do zębów,
- płyn do soczewek + krople do oczu,
- antyperspirant,
- pilnik + cążki,
- piankowe zatyczki do uszu (nie są idealne, ale jednak trochę pomagają podczas noclegu w salach wieloosobowych),
- ręcznik szybkoschnący,
- krem przeciwsłoneczny w sztyfcie.
W tym miejscu warto wspomnieć również o apteczce – nawet na długie wyjazdy zabieramy raczej wersje podstawowe. Są tam gaziki jałowe, plastry, Dermatol (proszek dezynfekujący i zasuszający rany) oraz leki, które u nas się sprawdzają (Ibuprofen, Paracetamol, No-Spa, Stoperan, Nifuroksazyd). Z doświadczenia wiem, że najszybciej schodzi Ibuprofen oraz plastry (polecam gorąco plastry dla dzieci z Viscoplast – nic nie trzyma się tak dobrze ja te!).
Cały mój ekwipunek (bez kosmetyczki i z pustym workiem hydracyjnym) waży 13,8 kg. Ważyłam wszystko, łącznie z butami trekkingowymi oraz ubraniami, które będę mieć na szlaku, więc szacuję, że na plecach będę miała ok. 14 kilogramów, czyli tyle samo, ile nosiłam podczas wszystkich moich poprzednich dłuższych wędrówek.
Póki co, jadę do Brna na wyjazd służbowy, ale już w sobotę o świcie lecimy do Barcelony. Trzymajcie za nas kciuki i czekajcie na relację po powrocie!