Andora. Dzień 4

↔️ 6,6 kilometra

⬆️ 706 metrów w górę

⬇️ 368 metrów w dół

Dziś w tytule wpisu brakuje hasła „Las Coronallacs”. I jest ku temu powód…

Już drugiego dnia zrozumieliśmy, że 20-kilometrowe odcinki w pełnym słońcu i z 15-kilogramowymi plecakami wysysają z nas energię i odbierają pełną radość z wędrówki. Na trzecim odcinku Las Coronallacs zidentyfikowaliśmy kilka punktów, w których w razie potrzeby mogliśmy zejść do drogi i szukać transportu do miejscowości położonej najbliżej Refugi de Sorteny. Na szczęście nie musieliśmy korzystać z tego rozwiązania, ale wiedzieliśmy, że w czwartek odpuszczamy marsz na odcinku 21,5 kilometra.

Zamiast tego kolejny dzień zaczęliśmy od pokonania pierwszej 2,5-kilometrowej części oficjalnego odcinka Las Coronallacs: https://mapy.com/s/pecuronema

Początkowo trasa prowadziła wzdłuż wygodnej drogi dojazdowej do schroniska. Minęliśmy tam mały ogród botaniczny, ogród skalny (czyli po prostu duże okazy różnych skał z opisami) oraz plac zabaw z rzeźbami totemicznymi L’Estripagecs, autorstwa andorskiego artysty Pere’a Molesa. Nazwa tych rzeźb pochodzi od katalońskiego słowa oznaczającego specjalne pręty stalowe z nieregularnymi bocznymi kolcami, które wstawiano w okna, żeby zapobiec kradzieżom. Estripagecs są częścią kulturowego i architektonicznego dziedzictwa Andory i ciekawie było je zobaczyć w takim wydaniu.

W całym parku naturalnym Sorteny wyznaczone są również ścieżki zwierząt, np. łasicy czy wiewiórki. Są to takie trasy, na których najłatwiej spotkać dane zwierzę i faktycznie tuż przy wejściu na El Camí de la Marta natrafiliśmy na dwie ścigające się kuny! Chwilę potem weszliśmy w las i po jakichś 20 minutach dotarliśmy do el Serrat. Akurat na przystanek podjeżdżał busik, który kursuje na trasie el Serrat – Ordino, więc zdążyliśmy w samą porę (a bilet kosztował… 20 eurocentów za osobę). W kilkanaście minut dojechaliśmy do Ordino, gdzie mieliśmy zamiar złapać kolejny autobus, tym razem do La Massany, ale kierowca busika poradził nam, żeby iść na piechotę, bo zajmie to niewiele dłużej (a biorąc pod uwagę czas oczekiwania na autobus, różnicy może w ogóle nie być) i zaoszczędzimy kilka euro na biletach.

Skorzystaliśmy z rady i, chociaż spacer zajął nieco dłużej niż sugerował kierowca, to zupełnie bez problemu (i za darmo) dotarliśmy do Massany. W wielu miejscowościach po drodze mijaliśmy żelazne rzeźby na rondach i w reprezentacyjnych miejscach miasteczek, a w Massanie, głównym mieście tej części Andory, minęliśmy też Muzeum Żelaza. Naprawdę, trudno jest podróżować po Andorze i nie trafić na pozostałości po przemyśle związanym z wydobyciem i produkcją tego metalu.

Równie trudno jest trafić na budynek, który nie jest zbudowany z kamienia albo przynajmniej nie ma kamiennej fasady. Pomijając stolicę, budynki w których nie wykorzystano tego materiału mogłam policzyć na palcach jednej ręki. Okazuje się, że w niektórych parafiach (Andora jest podzielona na jednostki administracyjne zwane parafiami) jest to wręcz wymuszone przepisami, ale w już latach 1930-1960 w Andorze rozwinęła się ‚architektura granitowa’, silny prąd architektoniczny, w którym to właśnie kamień wysunął się na pierwszy plan (dosłownie i w przenośni). W całym kraju wytyczone są trasy turystyczne prezentujące najciekawsze okazy tego właśnie rodzaju architektury.

Ale wróćmy do La Massany. Wciąż było bardzo wcześnie, więc na jednym z głównych placów miasteczka zamówiliśmy kawę i mogliśmy ją niespiesznie wypić. Ja w tym czasie skończyłam wypisywać pocztówki i od razu nadałam je z urzędu pocztowego, który mieści się zaraz obok informacji turystycznej. Po odpoczynku został nam już tylko dojazd do Arinsal, miejscowości położonej najbliżej schroniska Comapedrosa, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. Można tam wygodnie podjechać busikiem z centrum La Massany, zajmuje to ok. 10 minut.

O 10:30 zaczęliśmy spokojne 4-kilometrowe podejście do schroniska (https://mapy.com/s/dohutanolu) i po zaledwie kilkuset metrach weszliśmy na teren Parku Naturalnego Comapedrosa. Jak sama nazwa wskazuje park ten chroni Comapedrosę, najwyższy szczyt Andory, oraz około 15 kilometrów kwadratowych otaczającego go terenu. Niemal cała droga do schroniska prowadzi wzdłuż wody. Najpierw rzeki Pollos z kilkoma wodospadami i malowniczymi mostami po drodze (pod którymi mijaliśmy kąpiących się ludzi, w tym jednego nudystę – zastanawiam się na ile jedno i drugie jest legalne na terenie tego obszaru chronionego). Następnie, na wysokości ok. 1800 metrów przekroczyliśmy rzekę Comapderosa, a otaczający nas las zaczął się robić coraz rzadszy.

Mimo że nie szliśmy długo, to byliśmy wdzięczni za każdą minutę w cieniu. Gdy tylko mogliśmy, moczyliśmy też czapki w rzece i chociaż dawniej wydawało mi się to dziwnym zwyczajem, to w Pirenejach stało się to dla mnie zupełnie naturalne i wręcz pożądane. Wreszcie wczesnym popołudniem doczłapaliśmy do schroniska, w którym na szczęście można było się zameldować od razu, ale niestety… nie działały prysznice. A wszystko z powodu suszy i ogromnego problemu z ciśnieniem wody. Dowiedzieliśmy się, że woda działa jako tako w kuchni oraz w toaletach i w umywalkach, ale z pryszniców leciały jakieś smętne strużki. Nasz sprytny plan wykąpania się na spokojnie przed przybyciem większości wędrowców spalił na panewce.

Mieliśmy za to dużo czasu na inne przygotowania przed ostatnim dniem wędrówki. Na spokojnie rozpakowaliśmy nasze plecaki i oddzieliliśmy rzeczy, które mogły zostać w schronisku na czas naszego jutrzejszego wejścia na Comapedrosę. Schronisko udostępnia zamykane na klucz szafki, bardzo wygodne (i darmowe) rozwiązanie na lekkie podejście na szczyt. Skorzystaliśmy z bezobsługowej części schroniska, żeby przygotować sobie obiad (ta część wygląda trochę jak składzik niepotrzebnych rzeczy, ale jeśli ktoś nie chce płacić za nocleg w bardziej cywilizowanej części, spokojnie znajdzie tam miejsce). No i mieliśmy czas na drzemkę (drzemki w schroniskach to moja ulubiona część wypraw, serio).

Sprawdziliśmy też, jakie są ceny oraz godziny podawania kolacji i śniadania, a że ani jedno, a ni drugie nie bardzo nam pasowało, zdecydowaliśmy się po prostu na kupno ‚pikniku’, czyli lunchu spakowanego do pudełka. Postanowiliśmy wykorzystać go w ramach jutrzejszego śniadania, żeby wyjść na szlak przed większymi grupami. My w ramach takiego pikniku dostaliśmy solidne pudełko sałatki z ryżu, świeżych warzyw (pomidory, ogórki, pietruszka), ciecierzycy i kukurydzy wraz z porcją przepysznej oliwy (odnoszę wrażenie, że w Andorze chyba nie da się trafić na słabą oliwę). Do tego mała słodka przekąska (w jednym zestawie był batonik, w drugim czekoladowe draże) oraz jakieś 100-200 gramów prażonych migdałów. Być może te migdały były innej odmiany, niż ta, którą zazwyczaj widujemy w Polsce – orzechy były większe i smakowały obłędnie. Ale o tym dowiedzieliśmy się już kolejnego dnia.

Dodaj komentarz