↔️ 11 kilometrów
⬆️ 645 metrów w górę
⬇️ 1360 metrów w dół
MAPA: https://mapy.com/s/gonunoheho
Na piąty dzień niemal od początku podróży mieliśmy zaplanowaną zupełnie inną trasę niż piąty etap Las Coronallacs. To był ostatni dzień, który mogliśmy spędzić w Andorze i stwierdziliśmy, że szkoda byłoby być tak blisko najwyższego szczytu tego kraju i na niego nie wejść. Dlatego też od samego początku zaplanowaliśmy odpuścić te 22 kilometry trasy i zamienić je na wejście na Pic de Coma Pedrosa.
Już drugiego dnia poczuliśmy, że temperatura będzie naszym największym przeciwnikiem – jak tylko zaczynało nas smażyć słońce, uchodziło z nas życie, więc wiedzieliśmy, że naszym priorytetem jest wczesne wyjście. Wstaliśmy przed 6, właściwie tylko ubraliśmy się i zajedliśmy kupiony wczoraj piknik, a o 6:30 ruszyliśmy szlakiem prosto na zachód. Mimo że słońce dopiero wstawało (ale jeszcze nie wypadało do doliny) było naprawdę ciepło. Na tyle ciepło, że jeszcze przed startem zdjęłam długi rękaw (w poprzednich dniach rano było mi zbyt chłodno w krótkim rękawku). Wyjście o tak wczesnej porze było tak naprawdę ostatnim dzwonkiem, żeby nie cierpieć na podejściu.
Zeszliśmy do doliny rzeki Comapedrosa, po ok. 20 minutach doszliśmy do łagodnego podejścia do jeziora (również Comapedrosa – po cóż wymyślać jakieś oryginalne nazwy), a następnie przez niewielki grzbiecik (oraz niewielką łachę śniegu) wspięliśmy się na brzeg przepięknego Estany Negre (czyli Czarnego Stawu). W kotlince tego jeziora byliśmy zupełnie sami, a że jest ona z każdej strony dość ściśle otoczona skalnymi ścianami, więc cisza niemal dzwoniła nam w uszach. Mimo że nie ma tam zapierających dech w piersiach widoków, to te kilkanaście minut, kiedy obchodziliśmy jezioro, było absolutnie magiczne.




Po kolejnym podejściu dotarliśmy wreszcie na ostatnie rozdroże szlaków – na zachód od nas, niemal o rzut beretem znajdowała się przełęcz Baiau prowadząca do Hiszpanii, natomiast na wschód dość ostro pod górę piął się szlak na nasz cel, Pic de Comapedrosa. Podejście początków było niezbyt skomplikowane, ale już po kilkunastu minutach zaczęło robić się naprawdę stromo i ścieżka była momentami dość niepewna – w wielu miejscach można było łatwo zjechać z dół razem z luźnymi kamieniami. Mimo to uważam, że to podejście zasadniczo nie jest trudne, ale na pewno wymaga skupienia i uważnego stawiania kroków.
Nam udała się ta sztuka i o 8:50 stanęliśmy na najwyższym szczycie Andory. Nie muszę chyba mówić, że widoki stamtąd były niesamowite, w dodatku przyjemnie (jeszcze) grzało słońce, a my mogliśmy w samotności i spokoju spędzić tam 15 minut, robiąc zdjęcia i jedząc drugie śniadanie. Dopiero kiedy zbieraliśmy się do zejścia na szczyt doszły dwie Hiszpanki, z którymi kilkukrotnie mijaliśmy się na szlaku w ciągu ostatnich czterech dni.



Zgodnie z tym, co wyczytaliśmy w Internecie, nie zdecydowaliśmy się na zejście szlakiem wejściowym (luźny materiał skalny pod stopą jest zdradliwy podczas wejścia, ale podczas zejścia jest naprawdę niebezpieczny), a zamiast tego wybraliśmy szlak wiodący grzbietem aż do grzbietu między mijanymi przez nas jeziorami. Nie przesadzę chyba, jeśli powiem, że widoki na tym grzebiecie były odrobinę lepsze niż na szczycie. W dodatku mieliśmy doskonałą okazję do podziwiania patrolujących okolicę orłosępów (które są zresztą symbolem Parku Naturalnego Comapedrosa). Warto jednak zwrócić uwagę, że (szczególnie na początku) ten szlak jest mocno eksponowany, więc jest pewnie odpowiedniejszy dla tych, którzy czują się dobrze w kontakcie z gołą skalą i stromizną po obu stronach.


Reszta szlaku była po prostu powtórką z początku dnia, z tym że po drodze mijaliśmy coraz więcej osób wchodzących na szczyt. W schronisku nie zabawiliśmy długo – dokończyliśmy piknik (ja nie byłam w stanie zjeść tak dużej porcji sałatki na śniadanie), spakowaliśmy rzeczy, które czekały na nas w szafkach, uzupełniliśmy wodę i ruszyliśmy w dół, do Arinsal, tą samą drogą, co poprzedniego dnia. Stamtąd busikiem do stolicy i wreszcie autokarem – do Barcelony. Tym sposobem zakończyliśmy naszą przygodę z Andorą i z Pirenejami.