Andora. Dzień 2 | Las Coronallacs etap 2

Po dużej dawce odpoczynku byliśmy gotowi na kolejny dzień:

↔️ niemal 20 kilometrów

⬆️ 1157 m pod górę

⬇️ 1367 m w dół

MAPA: https://mapy.com/s/kecororeme

Na drugi etap Las Coronallacs składają się dwa etapy GRP (czyli 7-etapowego szlaku wokół Andory). Chociaż 20 kilometrów nie jest jakąś imponującą odległością do pokonania (oboje nieraz robiliśmy dłuższe trasy dzienne), to tutaj grały rolę jeszcze inne czynniki – ciężkie plecaki, spora suma przewyższeń, no i temperatura. Właściwie dopiero tego dnia zdałam sobie sprawę, że nasze dłuższe wędrówki z plecakami robiliśmy już jesienią (np. GR20 we wrześniu) albo w chłodniejszych krajach (w Norwegii i Szkocji byliśmy w lipcu). Jeśli już wybieraliśmy się w środku lata w góry (np. w Tatry), to robiliśmy to na lekko, a wycieczkę zaczynaliśmy bardzo wcześnie, zazwyczaj ok. 4 rano.

Tego dnia było inaczej. Co prawda wstaliśmy o świcie, ale zanim naszykowaliśmy jedzenie i zebraliśmy cały nasz majdan, zrobiła się godzina 7:30. Wciąż mieliśmy bardzo komfortowe warunki, a było to bardzo ważne, bo w pierwszej części dnia czekało nas podejście na najwyższy punkt całego Las Coronallacs, czyli Przełęczy Pessons. My w dodatku postanowiliśmy skorzystać z okazji i nadłożyć troszkę drogi, żeby wejść również na szczyt o tej samej nazwie (Pessons, 2864 m n.p.m.). Zużyliśmy nieco czasu na dodatkowe podejście oraz sesję zdjęciową (nie ma co ukrywać – widoki były oszałamiające!), i kiedy zaczęliśmy z przełęczy do doliny, w której leży Grau Roig, nic już nie zasłaniało nas od słońca. W dodatku zejście na początku było naprawdę strome i z luźnym podłożem, więc trzeba było mocno skoncentrować się na każdym kroku.

Wkrótce trasa zaczęła się wypłaszczać i zaczęliśmy mijać dziesiątki większych i małych jeziorek, aż doszliśmy do restauracji Pessons, nad Jeziorem Primer. Dochodzi tam szutrowa droga i można tam podjechać busikiem albo podejść na nogach z niedalekiego parkingu, więc wokół jeziorek najbliższych restauracji kręciło się dużo turystów. My postanowiliśmy skorzystać z okazji i napić się kawy oraz zjeść lody, a potem ruszyliśmy dalej na północ. Było już samo południe, a my podchodziliśmy w górę stoku narciarskiego. Po raz pierwszy tego dnia poczuliśmy, że temperatura zaczyna nam dokuczać, ale trasa nieco się wypłaszczyła, a w dodatku mieliśmy okazję obserwować świstaki, które były dużo bardziej oswojone z ludźmi niż te, które poprzedniego dnia słyszeliśmy w odludnych dolinach.

Wkrótce doszliśmy do zalesionego kawałka trasy, dalej wciąż zahaczaliśmy o stoki i przechodziliśmy pod nieczynnymi latem wyciągami narciarskimi. Zahaczyliśmy o kolejne schronisko samoobsługowe, Refugi del Pla de les Pedres (najbardziej zapyziałe ze wszystkich, które widziałam, akurat tutaj zdecydowanie nie chciałabym nocować), i zaczęliśmy zejście do Les Bordes d’Envalira. Tutaj kończyłby się trzeci etap GRP, natomiast dla nas zaczynało się podejście na grzbiet łączący Pic d’Ortafà II (2614 m n.p.m.) oraz Pic d’Ortafà III (2595 m np.m.). Oznaczało to 600 metrów pod górę w 31 stopniach, pełnym słońcu i praktycznie bez cienia i zdecydowanie był to najtrudniejszy kawałek całego wyjazdu do Andory. Po pierwszej części, która szła nam bardzo opornie, weszliśmy w nieduży las i zatrzymaliśmy się na odpoczynek w cieniu oraz filtrowanie wody z Riu de Massat, po czym mozolnie ruszyliśmy w stronę grzbietu.

Kawałek trasy od nienazwanego szczytu na 2856 metrach do Pas de les Vaques (2572 m) w dużej mierze wynagrodził nam trudy podejścia. Sceneria bardzo przypominająca bieszczadzkie połoniny i zero ludzi dookoła naprawdę nas zachwyciły. Dość szybko zeszliśmy do Jeziora Siscaro, a potem nieco stromym i zarośniętym (ale już zacienionym!) stokiem do podmokłej doliny rzeki Siscaro oraz schroniska o tej samej nazwie. Mimo że na żadnej mapie nie jest zaznaczona, z góry widać wyraźną ścieżkę odbijającą ze szlaku w prawo, przez podmokłe tereny, prosto do schroniska. Właśnie w miejscu tego rozwidlenia postanowiliśmy na chwilę się rozdzielić – ja podeszłam szybko do schroniska po pieczątkę, a Marcin obszedł moczary z lewej strony. Spotkaliśmy przy mostku na rzeką i kolejnym podejściem.

Byliśmy już godzinę od naszego celu, a przed nami piętrzyły się skały oraz odcinek oznaczony na mapy.com jako trudny, a to ze względu na sztuczne ułatwienia (klamry i łańcuchy – w większości trochę na wyrost) oraz ścieżkę przez nieco niestabilne głazy. Nad wodospadami Juclar doszliśmy do połączenia ze szlakiem HRP, a chwilę później do punktu widokowego na skale. Znajduje się tutaj obelisk z napisem „Potrafimy patrzeć bardzo daleko, by poczuć się bardzo blisko.” – jest on poświęcony ekipie, która prowadziła prace renowacyjne w schronisku (Claude Boulanger, Jacques Lahouille, Elías Pérez, Dani Curruhuinca i Lluís Blanco) i zginęła w tragicznym wypadku helikoptera 16 czerwca 2011 roku.

Stąd było już o krok do niewielkiego płaskowyżu, na którym szlak zakręcał w lewo, a w prawo odbijał wariant HRP prowadzący do Refugi de Juclar – schroniska znajdującego się na solidnej skale, po której musieliśmy się wdrapać 50 metrów pod górę, żeby wreszcie dojść do upragnionego celu.

Ostatecznie trasa tego dnia zajęła nam nieco ponad 11 godzin. Czuliśmy naprawdę ogromne zmęczenie, a trzeba było jeszcze ogarnąć kąpiel i kolację. W schronisku dostępne są dwie kabiny prysznicowe z ciepłą wodą płatną dodatkowo 3 euro za minutę. Pokoje są bardzo ciasne i stoją w nich trzypiętrowe łóżka – na szczęście nam trafił się parter i pierwsze piętro. Musieliśmy w miarę sprawnie uwinąć się z myciem i ładowaniem telefonów, bo prąd i toalety są dostępne tylko do ok. 22 – potem obsługa opuszcza budynek na noc. Z toalety można skorzystać wtedy jedynie na zewnątrz (akurat tutaj, w przeciwieństwie do L’Illa, te zewnętrzne toalety były bardzo zadbane i zupełnie w nich nie śmierdziało).

Po prysznicu i szybkim praniu (ręcznym, rzecz jasna) odkryliśmy, że po 19 nie można było już zamówić nic ciepłego z bufetu – wszystkie kucharki zajęte były przygotowywaniem kolacji dla turystów, którzy wykupili wspólny posiłek (będę jeszcze pisać o tym, jak to działa). Pozostało nam szybkie rozstawienie kuchenki i jedzenie z własnych zapasów. A zaraz po kolacji – do łóżka i do spania. 😉

Dodaj komentarz