↔️ niecałe 17 kilometrów
⬆️ 1261 m w górę
⬇️ 1595 m w dół
MAPA: https://mapy.com/s/jabevosesu
Kolejny dzień znów rozpoczęliśmy tuż przed wschodem słońca. Zebraliśmy nasze rzeczy najciszej jak się dało i w sali głównej zaczęliśmy się pakować i szykować śniadanie (kuchenkę rozstawiliśmy oczywiście na zewnątrz). Dość szybko okazało się jednak, że właściwie całe schronisko wstaje o podobnej porze – pojawiła się obsługa (a wraz z nią prąd) oraz coraz więcej wędrowców również przygotowujących się do marszu. Ostatecznie wyszliśmy ze schroniska jakieś pół godziny przed dwiema grupami, które widzieliśmy wczoraj przelotnie na szlaku, a z którymi (jak się później okazało) dziś mijaliśmy się regularnie.
Pierwszy kawałek trasy obejmował zejście ze skały, na której stoi schronisko, podejście na niewielką przełęcz i zejście do doliny rzeki Manegor. Stamtąd zaczęliśmy delikatne podejście do kolejnej doliny i schroniska samoobsługowego Refugi de Cabana Sorda. Schronisko jest pięknie położone nad jeziorem o tej samej nazwie.Wystarczy zejść kawałek z biegiem rzeki wypływającej z tego jeziora, żeby podziwiać widok na miejscowości położone w dolinie poniżej. Spod jeziora zaczyna się podejście na grzbiet łączący Pic de les Pales de Cabana Sorda (2679 m) oraz Tossa de Caraup (2633 m), a zaraz potem zejście do kolejnej doliny i kolejnego schroniska, Refugi de Coms de Jan.
To schronisko leży w połowie trasy trzeciego etapu Las Coronallacs i było ostatnim punktem, w którym mogliśmy wygodnie uzupełnić wodę na kolejne godziny marszu w rosnącej temperaturze, w dodatku przed podejściem na przełęcz na ponad 2700 metrach. Skorzystaliśmy więc z okazji i odpoczęliśmy w środku budynku (który nawet w południe zapewniał przyjemny chłód) i przefiltrowaliśmy tyle wody, żeby mieć pełne bukłaki. Podbiliśmy jeszcze pieczątkę i ruszyliśmy w drugą część dzisiejszej trasy, która okazała się tą częścią zdecydowanie piękniejszą.




Szlak z Refugi Coms de Jan początkowo okrąża podnóże szczytu Bony de la Pala de Jan (2528 m), po czym wchodzi na przepiękną wysoko położoną dolinę między zbiornikami wodnymi Estany Mort, Basses del Mort i Estanyo de Ransol. Dziś wiem, że to dolina, którą najlepiej zapamiętam z całego tego wyjazdu. To było jedno z tych miejsc, w których widok dosłownie zapiera dech w piersiach, a to uczucie potęguje jeszcze wszechogarniająca cisza – szczególnie, kiedy na chwilę cichnie wiatr. Dookoła nie ma nikogo, tylko wy i przestrzeń dookoła. Zdjęcia ani słowa nie oddają tego, co tam zobaczyliśmy.


Tuż obok Estany de Ransol rozłożyliśmy się na krótki postój przed solidnym już podejściem na Collada de Meners, a kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę stał się mały cud – na niebie pojawiła się chmura i zdecydowaną większość tego odcinka pokonaliśmy w cieniu. Temperatura już dawała nam się we znaki, więc byliśmy niesamowicie wdzięczni za wspinaczkę na najwyższy punkt tego dnia bez palącego w głowę słońca. Dotarliśmy jeszcze do jednego malutkiego wypłaszczenia tuż obok Estany dels Meners de la Coma i ruszyliśmy w stronę Przełęczy Meners. Ostatnie metry szlaku prowadziły po skalistym podłożu, w księżycowym niemal krajobrazie.
O 15 dotarliśmy na grzbiet (będący jednocześnie granicą Parku Naturalnego Doliny Sorteny) i mogliśmy wreszcie spojrzeć na dolinę, w której leży Refugi de Sorteny, czyli nasz dzisiejszy cel. Jestem pewna, że wiele osób stwierdziłoby, że akurat to miejsce jest jeszcze piękniejsze, niż dolina, którą właśnie minęliśmy. Schodzenie do niej to była czysta przyjemność, mimo że zmęczenie dawało się nam już we znaki. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Cabana de la Serrera (jedyne schronisko, w którym nie znalazłam pieczątki!), a niedługo potem weszliśmy w las i ostatecznie po niecałych 11 godzinach marszu dotarliśmy do schroniska.




Nauczeni doświadczeniem, od razu zapytaliśmy, czy możemy dokupić posiłki do noclegu (to zawsze jest pakiet kolacja i śniadanie) – okazało się, że jeszcze był na to czas, w dodatku śniadanie było odpowiednio wcześnie (od 6:30), więc od razu dopłaciliśmy odpowiednią kwotę. Refugi de Sorteny jest jednym z czterech schronisk z obsługą i ze względu na bliskość miasteczka oraz drogę dojazdową dla samochodów (nawet dostawczych, o czym przekonaliśmy się kolejnego poranka) jego charakter jest diametralnie inny niż charakter Refugi de Juclar. Najważniejszą zmianą jakościową był dla nas ciepły prysznic bez ograniczeń (choć wiadomo, że i tak korzystaliśmy z niego rozsądnie) oraz naprawdę przestronne pokoje – w każdym znajdują się dwupiętrowe łóżka z dodatkowym miejscem do przechowywania nie tylko pod dolnym łóżkiem, ale i na półkach pomiędzy górnymi łóżkami, oraz na wieszakach i półkach na korytarzu, a nawet w pojemnikach pod siedziskami krzeseł.
Jadalnia z kilkoma solidnymi stołami oraz kanapą i pięknym kominkiem jest całkiem pojemna, z tyłu schroniska jest też duży taras z dodatkowym miejscem do siedzenie. Goście schroniskowi jedli obiadokoloację właśnie w jadalni, ale godzinę później przyszła do Sorteny również duża grupa biegaczy, której obsługa schroniska zaserwowała kolację już na tarasie. Bardzo nam się spodobało to miejsce, nie tylko ze względu na przestronne i funkcjonalne wnętrze, ale też ze względu na ludzi, którzy tam pracują (i, zdaje się, wszyscy są spokrewnieni – choć to chyba nie jest rzadkość w przypadku schronisk górskich). Myślę, że Refugi de Sorteny to idealne miejsce dla tych, którzy chcieliby poczuć schroniskowy klimat albo po prostu zjeść obiad w pięknej scenerii, ale nie mają ochoty na wielogodzinną wędrówkę przez góry. W wypadku tego schroniska wystarczy ok. 1,5-godzinny spacer z najbliższej miejscowości.