Wyruszyliśmy! Niemal spod samego hotelu na szlak GR7. Plan na pierwszy dzień to:
↔️ nieco ponad 12 kilometrów
⬆️ 1447 metrów w górę
⬇️ 0 m w dół
MAPA: https://mapy.com/s/robonarupe
Akurat w niedzielę rano nie było gorąco (ulewa z gradem z poprzedniego dnia znacznie obniżyła temperaturę), ale i tak podejście mocno nas rozgrzało. Wspinaliśmy się początkowo piękną kamienną ścieżką otoczoną omszałymi murkami i zacienioną od drzew i krzewów rosnących dookoła. Sprawnie doszliśmy do parkingu u wylotu doliny Madriu-Perafita-Claror – prowadzi stąd ścieżka do via ferraty Roc d’Esquers oraz do jedynego miejsca w Andorze wpisanego na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Dość szybko zaczęliśmy trafiać na opuszczone budynki – pozostałości osadnictwa, które w tej dolinie sięga czasów średniowiecza. Cały czas wspinaliśmy się ścieżką prowadzącą przez las, więc nie dokuczało nam słońce, które często wyglądało zza chmur (na popołudnie zapowiadano deszcz, więc pilnie obserwowaliśmy niebo).




Zanim doszliśmy do głównej części doliny minęliśmy Ramio – osadę z małym polem namiotowym oraz całym zespołem budynków (wszystkie były jednak pozamykane, chociaż znaki mówiły, że jest tam bufet). Natomiast kawałek dalej doszliśmy do Refugi de Fontverd – pierwszego na naszej trasie darmowego, samoobsługowego schroniska. Fontverd jest zadziwiająco duże, ma oddzielną sypialnię i salę główną, w której stoi koza, spore stoły i ławy, a w drewutni obok znaleźliśmy niemały zapas drewna na opał. Była też oczywiście pieczątka, którą można było wbić do „schroniskowego paszportu” (do odebrania za darmo w punkcie informacji turystycznej lub do pobrania tutaj). Bardzo spodobało mi się to miejsce, myślę, że mogłoby być świetnym celem prostej wycieczki z dziećmi w lecie czy jesienią, ale wyobrażam sobie, że zimą może tu być bardzo przytulnie.
Za Fontverd czekała na nas już główna część doliny Madriu, z pozostałościami młyna i huty żelaza. W tym miejscu znaleźliśmy całe mnóstwo tablic informacyjnych opisujących technologie używane w tym miejscu w XVIII i XIX wieku, jednak wszystkie objaśnienia są w języku katalońskim, więc nasz zrozumienie ograniczyło się do tego, co mogliśmy wywnioskować z pojedynczych słów, które rozpoznałam na podstawie mojej bardzo podstawowej znajomości innych języków romańskich, oraz ze schematów, które rozszyfrowywał Marcin ze swoją naprawdę dobrą znajomością inżynierii różnego rodzaju.






Na wysokości głównej części dawnej osady przechodziliśmy przez kolejną furtkę zapobiegającą przemieszczaniu się zwierząt hodowlanych (głównie krów, których spotkaliśmy całe mnóstwo) i tam pojawiło się ostrzeżenie, że wchodzimy w strefę bez zasięgu telefonii komórkowej. Faktycznie, niedługo potem, przy kolejnym już schronisku, Orris, zasięgu już nie miałam. Byliśmy godzinę drogi od L’Illa (czyli jednego z czterech obsługiwanych schronisk w Andorze) i powoli zaczęliśmy wychodzić z lasu. Wreszcie na wysokości 2480 metrów zniknęły drzewa, zachowały się pojedyncze sztuki kosodrzewiny, przybyło za to skał i polodowcowych jeziorek. Niedługo potem zza zakrętu wyłonił się nasz dzisiejszy cel.




Zgodnie z informacjami, które dostaliśmy mailowo, w schronisku właściwym nie było miejsca, ale schron w dolnej części (tej kamiennej) był zupełnie pusty, więc mogliśmy tam na spokojnie rozłożyć swoje rzeczy i przygotować obiad. Tuż obok wejścia do schronu znajduje się źródło wody (choć wisi przy nim tabliczka, że woda nie jest pitna), a za rogiem, bliżej wejścia głównego toalety zewnętrzne, więc było całkiem wygodnie. W środku, wg zainstalowanego tu termometru, było 18 stopni, więc ze śpiworami o komforcie cieplnym ok. 0 stopni Celsjusza wiedzieliśmy, że na pewno nie obudzi nas zimno.
Pierwszy etap szlaku zajął nam 6 godzin marszu, więc popołudniu mieliśmy dużo czasu na ogarnięcie się przed kolejnym dniem. Delikatnie posprzątaliśmy schron (trochę zamietliśmy, starłam też kurze na ławkach, stole i półkach), przygotowaliśmy sobie obiad, przefiltrowaliśmy zapas wody na kolejny dzień marszu, a przed kolacją zdążyliśmy nawet uciąć sobie drzemkę. Wieczorem został już tylko czas na małą kolację i podziwianie zachodu słońca – jednego z najpiękniejszych, jakich doświadczyłam w życiu.



