Wyczytałam na bilecie, że bagaż rejestrowany można nadać jedną, a nie dwie godziny przed odlotem, czyli krótka historia o tym, jak skutecznie podnieść sobie ciśnienie bez porannej kawy.
Ponieważ lecieliśmy bardzo wcześnie, jeszcze przed 6 rano (w trakcie jednego z dwóch najwcześniejszych slotów na lotnisku Chopina), wiedzieliśmy, że trzeba będzie wstać właściwie w nocy, zebrać się, podejść na Dworzec Centralny i dojechać na lotnisko, żeby nadać bagaż rejestrowany. Stwierdziłam jednak, że skoro jest to jeden z pierwszych lotów tego dnia, to lotnisko nie będzie jeszcze okropnie zatłoczone i lepiej, żebyśmy pospali o godzinę dłużej. Zapomniałam tylko, że jest środek wakacji i prawdopodobnie wszyscy wybierają się tymi właśnie SOBOTNIMI lotami na urlopy i chcą nadać bagaż.
Praktycznie od razu po wejściu na lotnisko wpadliśmy na kolejkę, która ciągnęła się aż do stanowisk nadawaniu bagażu WizzAir. Na oko jakieś 200 osób. A my mieliśmy jakieś pół godziny na nadanie naszych plecaków. W informacji dowiedziałam się, że WizzAit akceptuje bagaże do 45 minut przed odlotem, więc ostatecznie mieliśmy nieco więcej czasu. Ale nie muszę chyba mówić, że mój stres sięgał zenitu. Nie próbujcie tego sami!
Okazało się na szczęście, że kolejka przesuwa się bardzo sprawnie – ostatecznie o 4:50 nadaliśmy bagaż i popędziliśmy na kontrolę bezpieczeństwa, do której też wił się już spory ogonek. W dodatku zaczęło się już ładowanie pasażerów do samolotu, więc z kontroli bezpieczeństwa naprawdę szybkim krokiem poszliśmy prosto do naszej bramki, tam po kilku minutach zeszliśmy do autobusu i podjechaliśmy do samolotu, który wystartował równo o 5:40.
Dalszy ciąg naszej podróży był już mało ekscytujący. Bez problemów dotarliśmy do Barcelony, a razem z nami cały i zdrowy bagaż rejestrowany. Mieliśmy czas na spokojne wypicie kawy, bo najbliższy autobus do Andory odjeżdżał za nieco ponad godzinę. A w dodatku mogliśmy większość tego czasu spędzić w klimatyzowanym pomieszczeniu (na zewnątrz było okropnie gorąco i wilgotno). Do Andory jechaliśmy przez piękną Katalonię i w drodze mogliśmy podziwiać pomniejsze pasma górskie, urocze miejscowości czy zapierające dech w piersiach kaniony. Wreszcie w oddali zaczęliśmy dostrzegać najwyższe grzbiety Pirenejów i szczyty piętrzące się na granicy francusko-hiszpańskiej, i ani się spostrzegliśmy, a wjechaliśmy do Andory.



Prosto z dworca poszliśmy do naszego hotelu, po drodze zrobiliśmy małe zakupy spożywcze w supermarkecie. Kiedy zdecydowaliśmy się już na wyjście na obiad, zaczęła się ulewa z gradem, która to przybierała na sile, to słabła. Trochę przeczekaliśmy w restauracji, ale po skończonym posiłku, chcąc nie chcąc, musieliśmy wyjść wreszcie z przytulnej miejscówki, a po drodze do hotelu zahaczyć jeszcze o sklep sportowy, żeby kupić kartusz z gazem (takich kartuszy nie można przewozić samolotem, zawsze trzeba je kupować na miejscu). Wieczorem zostało już tylko ostateczne pakowanie na rano i wygodne łóżko, żeby nabrać sił po krótkiej minionej nocy oraz przed czekającym nas dniem wędrówki.